|     POLSKA    |     EUROPA    |     AFRYKA    |     AMERYKA    |     AZJA

Inne  |   Spis zdjęć  |   Relacje i poradnik

      10 dni, w ciągu których zwiedzamy 13 krajów i przejeżdżamy samochodem 6487 km. Oprócz jednej nocy wszystkie śpimy w samochodzie. Podróż w dwie osoby z jednym aktywnym kierowcą. Wyjeżdżamy w piątek, 27 kwietnia 2012 roku po godz. 12.00 z okolic Częstochowy.
 
Długo nie mogliśmy zdecydować się jak zaplanować długi weekend majowy. Chorwacja za zimno, wczasy drogie, a urlop chcieliśmy wykorzystać. Padło na Europę zachodnią, ale plan zaczął się szybko rozrastać. Dodatkowo kiepskie prognozy pogody powodują, że tuż przed wyjazdem odwracamy zaplanowaną kolejność miejsc.
 
Krótko jeszcze o przygotowaniach... przez ostatnie dwa tygodnie dużo spacerowaliśmy. Przynajmniej 5 km spaceru na dzień. Sprawdzamy dokładne położenie parkingów i drukujemy mapki miast z zaznaczonymi punktami. Kupujemy trochę suchego prowiantu oraz wykupujemy ubezpieczenie dla nas i dla samochodu. Dokładnie sprawdzam stan techniczny auta u mechaników. Co i tak nie uchroniło nas przed małą przygodą przed wyjazdem. Otóż przed pracą w piątek mieliśmy wystawić auto tak aby Kasia mogła spokojnie go spakować. I co się okazuje? Wskazówki szaleją, a auto nie chce odpalić. Strach w oczach. Na szczęście nasz kochany Dziadek wpada na pomysł. Co się okazuje? Akumulator rozładowany i brak wody.
 
Piątek, 27.04 [dzień 1]
 
Kuba urywa się wcześniej z pracy i około godz. 11:00 z okolic Częstochowy ruszamy w kierunku Czech. Jeszcze wczoraj myśleliśmy, że będą to Niemcy. W Czechach po zjeździe z autostrady zatrzymujemy się w markecie i kupujemy artykuły na kolację i oczywiście dużo piwa. Do pierwszego punktu docieramy około godziny 18:00. Jest nim Cesky Krumlov - ponoć najpiękniejsze miasteczko świata. Rzeczywiście robi niesamowite wrażenie, ale po godzinie wędrówki nie ma już za bardzo gdzie chodzić.
 
 
 
 
Udajemy się więc w stronę Austrii, a dokładniej na celowniku mamy Innsbruck. Po wykupieniu winietki i wjeździe na austriacką autostradę ukazują nam się piękne widoki ośnieżonych szczytów. Po drodze na stacji obok nas tankują Rodacy. Grzecznie witam się i nic nie mówię. Po chwili Pan obok nie wytrzymuje i mówi: My do Włoch, do pracy i dumnie dodaje - przed nami jeszcze 800 km. A Państwo daleko? Odpowiadam do Innsbrucka. Co będę mówił, że przed nami 5800 km i tak chyba by nie uwierzyli.
 
Na miejsce docieramy po godzinie 23:00. Nad miastem góruje pięknie oświetlona skocznia Bergisel. Ogólnie jesteśmy rozczarowani, bo główna atrakcja czyli złoty dach jest w remoncie i możemy zobaczyć jedynie rusztowania, a na nich plandekę z dużym zdjęciem złotego dachu. Poza tym jest piątek wieczór, a co to oznacza, wiadomo... pełno imprezowiczów, pełno walających się butelek i sterty śmieci.
 
 
 
Wyjeżdżamy autostradą kawałek za Innsbruck i na jednym z pierwszych parkingów szykujemy się do spania. Nigdy nie podróżowaliśmy w ten sposób i byliśmy pełni obaw. Jednak jak się okazało na parkingu nocowało kilku Niemców, nawet jedna rejestracja była z Polski. Uff chyba nie będzie źle. Rozkładamy tylne siedzenia. Wskakujemy w śpiwory i kładziemy się spać. Po rozłożeniu jednej połówki tylniego siedzenia i włożeniu nóg do bagażnika bez trudu i wygodnie nasza dwójka może iść spać. Tego dnia przejechaliśmy około 950 km plus 200 km zrobione rano firmowym autem.
 
Sobota, 28.04 [dzień 2]
 
Tuż po 6:00 rano budzimy się i przecieramy oczy ze zdziwienia przez góry i scenerię, która nas otacza. Ruszamy w drogę, a humory dopisują. Zresztą trudno się dziwić. Piękna pogoda i alpejskie szczyty, które wyglądają jak z bajki. Po drodze pokonujemy tunel o długości 15,5 km. Jako pierwszy cel obieramy sobie niewielką stolicę Księstwa Liechtenstein - Vaduz, która jest niewiele większa od Łeby. Cóż można powiedzieć: ładnie, czysto, wszystko jakby od linijki i dookoła piękne szczyty polane "białą czekoladą".
 
 
 
 
Spacer nie zajmuje nam wiele czasu i około godziny 9:00 udajemy się z powrotem do Austrii, a dokładnie do Bregenz nad Jeziorem Bodeńskim. Tutaj wjeżdżamy kolejką na dość pokaźną górę. Z jednej strony piękny widok na jezioro, z drugiej na ośnieżone szczyty. Jeszcze mały rzut oka na alpejskie zoo i wracamy w dół. Na dole jak się okazało ustawia się już dość pokaźna kolejka na kolejkę - jak dobrze rano wstać.
 
 
 
Po godzinie 12:00 docieramy do Zurichu. Szwajcaria to miał być nasz główny punkt wyjazdu. Jednak pogoda i apetyt na zwiedzanie kolejnych miejsc drastycznie zmieniły nasze plany. Za parking płacimy 4,40 CHF za godzinę. Na całej trasie wybieramy parkingi podziemne. Są dość drogie, ale zazwyczaj ciężko tam się dostać innym osobom i są monitorowane. W Zurichu robimy szybki obchód po najważniejszych atrakcjach, czyli: oglądamy największą tarczę zegarową na świecie, Port z którego roztacza się piękny widok na Jezioro Zuryskie, a za nim ośnieżone szczyty. Na koniec spacer po Bahnhofstrasse - ulicy pełnej banków i drogich sklepów.
 
 
 
W końcu docieramy do Berna. Do tego pięknego miasta docieramy po godzinie 15:00. Zauroczyło nas podczas wyścigu kolarskiego, którego transmisja była w TV. W mieście nie ma jakiś szczególnych atrakcji. Około 2 godzin spacerujemy po starym mieście i mostach go otaczających. Miejsce bardzo ładne, szkoda tylko, że roślinność jeszcze tak mało rozwinięta.
 
 
 
 
Kolejnym miastem na naszej trasie miała być Lozanna. Jednak po przyjeździe okazało się, że samo centrum jest zamknięte dla samochodów, a na pieszo też nie ma co iść, bo jest maraton i do jeziora się nie dostaniemy. Cóż nie będziemy rozpaczać. Jedziemy do Genewy, która wita nas bardzo dużym ruchem i brakiem jakichkolwiek miejsc parkingowych. Auto zostawiamy na parkingu przy parku i pełni obaw o los samochodu ruszamy na podbój Genewy. Tu już słychać wszędzie francuski. Zmęczeni nie mamy już ochoty na zwiedzanie. Jedynie udajemy się do najwyższej fontanny w europie. Strumień wody wyrzucany jest na wysokość 140 metrów. Spacerujemy promenadą przy jeziorze i zastanawiamy się co dalej.
 
 
 
Długo nie możemy zdecydować się gdzie dalej jechać. Wszędzie ma padać. W końcu podejmujemy bardzo ryzykowną decyzję. Trzymamy się planów i udajemy się w kierunku szwajcarskich Alp. Z Genewy wyjeżdżamy już po zmroku. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej w okolicach Montreux. Na parkingu nocują dwa kampery na niemieckich blachach. Uff jak dobrze. Przed wyjazdem czytaliśmy, że w Szwajcarii nie do końca można nocować w samochodzie. Chyba, że jest to na autostradzie, jest stacja benzynowa i wyznaczone miejsce do tego. Mamy nadzieję, że to właśnie takie miejsce. Tego dnia przejechaliśmy około 750 km. W nocy budzi nas na chwilę bardzo silny wiatr. To nie do wiary jak wiatr może bujać autem, które waży ponad 1,5 tony.
 
Niedziela, 29.04 [dzień 3]
 
Znów wstajemy około 6:00 rano. Tak wieje, że dłużej spać się nie da. Kuba ma problem na stacji z trafieniem pistoletem do baku i na pewno nie jest to skutkiem wczorajszego picia piwa. Gdy wjeżdżamy w większe góry, wiatr ustaje. Niestety pogoda nie idzie śladem wiatru i zaczyna dość mocno padać. Już wiemy, że nie skręcimy na Zermatt, gdzie znajduje się kolejka na najwyżej położony taras widokowy w Europie - na wysokości 3883 metrów. Pocieszamy się, że na pewno jeszcze do Szwajcarii wrócimy - tym razem z zamiarem podziwiania gór i przyrody.
 
Nie oglądamy się za siebie i jedziemy w kierunku Mediolanu. Po drodze przejeżdżamy przez przełęcz na wysokości ponad 2000 metrów. Na widok śniegu poprawiają nam się humory.
 
 
 
Do Mediolanu dojeżdżamy po godzinie 10:00. Niestety cały czas pada. Przed wjazdem na parking czeka nas miła niespodzianka. Z tablicy wynika, że koszt parkowania to 1 euro. Kupujemy całodniowe bilety na metro, którego stacja znajduje się pod parkingiem. Wysiadamy tuż przy Katedrze Mediolańskiej, a tu kolejna niespodzianka: nie pada i zaczyna przejaśniać się. Ogromne wrażenie robi na nas Katedra i Galeria Wiktora Emmanuela. Nieznacznie psują nam humor czarnoskórzy koledzy, którzy są bardzo namolni. Ciągle oferują nam sznureczki na rękę i parasolki. Po chwili znajdujemy złoty środek - nie reagujemy i ręce trzymamy przy sobie. Złość i odmowa jeszcze bardziej ich przyciągała.
 
 
 
Udajemy się do Piazza Castello przed którym znajduje się piękna fontanna. Z drugiej strony jest piękny Park Sempione, który kończy się budowlą w stylu łuku triumfalnego. Wyżej wymienieni koledzy zmieniają rodzaj handlu. Tym razem w ruch idą okulary przeciwsłoneczne. Do centrum wracamy starym, stylowym tramwajem (na linii nr 1 jeżdżą tylko takie). Zwiedzamy jeszcze Kościół Santa Maria delle Grazie, gdzie znajduje się fresk Ostatnia Wieczerza Leonarda Da Vinci. Na koniec udajemy się oczywiście na pizzę. Ogólnie Mediolan wywarł na nas duże wrażenie i bardzo ciepło go wspominamy.
 
 
 
Przed 14:00 wyjeżdżamy w kierunku Monako. Pogoda wyraźnie poprawia się i nasze humory również. Po drodze mamy małą awarię. Psuje się gniazdko w samochodzie. Problem dość poważny, bo nie mamy jak ładować: laptopa, telefonów, baterii od aparatu i najważniejsze - nawigacji. Nie poddajemy się, rolę nawigatora przejmuje Kasia, a z usług Pana Krzysztofa korzystamy tylko w newralgicznych punktach tzn. gdy chcemy dojechać pod konkretny adres.
 
Do Monako docieramy o 16:30. Miało być 15 stopni i padać, a tymczasem było 27 stopni i piękne niebo. To malutkie państwo robi na nas ogromne wrażenie już z góry. Ze świeczkami w oczach i podekscytowani jak małe dzieci zjeżdżamy prędko w dół. Auto parkujemy na parkingu pod słynnym kasynem. Przejście z Monte Carlo do Pałacu Książęcego i z powrotem zajmuje nam niecałe 2 godziny. Krótki komentarz: warto tam być, przepych, czystość i piękna sceneria powodują, że Monako znalazło się w zdecydowanej czołówce miejsc, które odwiedziliśmy.
 
 
 
 
O godzinie 19:00 docieramy do Nicei, w której w sumie nie ma nic ciekawego. Krótko mówiąc ładne miasto z ładnym bulwarem nad lazurowym wybrzeżem.
 
 
 
Ostatnie miejsce jakie zwiedzamy tego dnia jest Cannes. Ładne, nie duże centrum, z którego widać pięknie oświetlony zamek. Oczywiście robimy sobie zdjęcia na czerwonym dywanie przed Pałacem Festiwalowym oraz szukamy podpisów znanych postaci w alei gwiazd.
 
 
 
Aby nie tracić czasu zamawiamy kebaby na wynos i ruszamy dalej na południe. Zatrzymujemy się gdzieś na autostradzie pomiędzy Niceą, a Marsylią. Tankujemy auto do pełna. Obowiązkowy browarek i dość szybko zasypiamy. Fajny parking tuż za stacją otoczony drzewami. Na parkingu już nocuje kilka samochodów, głównie na francuskich numerach. Tego dnia pokonaliśmy dystans około 800 km.
 
Poniedziałek, 30.04 [dzień 4]
 
Wstajemy tuż po 6:00 rano. To już chyba nasz rytuał, ale gdzieś nie chce się dłużej spać. Okazuje się, że na parking dojechali jeszcze jedni Polacy. Jak zwykle po drodze śniadanie. Saint Tropez odpuszczamy przez pogodę. Rezygnujemy też z Marsylii. Za cel obieramy sobie Avignon - dawną siedzibę papieży, do którego docieramy przed 8:00 rano. Zwiedzanie wraz z ładnym parkiem, który znajduje się obok całego kompleksu zajmuje nam około godzinę czasu.
 
 
 
Docieramy do Nimes, w którym znajdują najlepiej zachowane ruiny amfiteatru rzymskiego. Tak, tak, nawet Koloseum nie jest zachowane w tak dobrym stanie. W mieście znajduje się też ładnie zachowana świątynia rzymska. Po półtoragodzinnym zwiedzaniu, około godziny 11:00 wyjeżdżamy w dalszą podróż. Do następnego celu mamy około 200 km.
 
 
 
 
Do Carcassonne docieramy o 12:30. Znajduje się tutaj największy w Europie średniowieczny kompleks urbanistyczny. Zdjęcia wychodzą ładne, ale samo miejsce nie robi na nas wrażenia. Kolejne naj zaliczone, więc nie narzekamy.
 
 
 
Nawigator Kasia kieruje nas w serce Pirenejów, a dokładnie do stolicy malutkiego Państwa - Andory. Zadowoleni z pięknej pogody nie mamy pojęcia co nas czeka. Tuż po przekroczeniu tabliczki Andora temperatura spada do -1, śniegu dosłownie po pachy, a co gorsza śnieg zaczyna tak padać, że ledwo widzimy auta przed nami. Przy pierwszej stacji benzynowej, na której jest olbrzymia kolejka droga opustoszała. Patrzymy na cenę paliwa i już wszystko rozumiemy. Cena paliwa jest rzeczywiście bardzo atrakcyjna: 1,15 euro za diesla.
 
 
 
Po zjeździe z wyższych partii gór pogoda poprawia się. Delikatnie mży, jest już całe 9 stopni na plusie i nie ma śniegu. Zatrzymujemy się na stacji, których mijamy mnóstwo po drodze. I tu śmieszne uczucie. Zawsze przy tankowaniu do pełna patrzę błagalnym wzrokiem, myśląc: no już zatrzymaj się, wystarczy. A tu proszę zaczynam mówić do samochodu: dobre autko, jeszcze trochę zmieścisz paliwa, proszę...
 
W samej Andorze oprócz pięknej scenerii nic nie ma. Tzn. jest sklep na sklepie. Artykuły spożywcze i alkohole są tanie. 1,5 L Wyborowa kosztuje 9,50 euro. W markowych sklepach jednak już nie jest tak tanio, ale ludzie i tak wychodzą z nich z pełnymi torbami. Podsumowując jeden wielki szał zakupowy.
 
 
 
Przed godziną 19:00 wyjeżdżamy z Andory, wjeżdżając do Hiszpanii. Pogoda długo nie może się przegryźć. Jednak około 100 km przed Barceloną wita nas piękne zachodzące słońce. Około godziny 21:00 zjeżdżamy na dość duży parking przy stacji benzynowej. Sprzątamy w aucie, staramy się gdzieś upchnąć zrobione zakupy, szykujemy spanie i zbieramy siły przed jutrzejszym dniem. Do Barcelony zostało nam około 35 km. Mamy małego cykora, bo na parkingu oprócz nas nikogo nie ma. W sumie pokonaliśmy znowu około 800 km.
 
Wtorek, 01.05 [dzień 5]
 
Tym razem wstajemy ok. 6:30. Noc bardzo spokojna i bardzo zimna. Nawet przejeżdżający policjanci zbytnio nami się nie interesują. Aby się ogrzać włączamy ogrzewanie i szybko ruszamy dalej. Zatrzymujemy się chyba na ostatniej stacji przed Barceloną, gdy zaczynają nas witać pierwsze promienie słońca i temperatura robi się w końcu dwucyfrowa. Sam wjazd do Barcelony i na parking, który znajduje się blisko centrum bez żadnych kłopotów. W ogóle miasto jakby opustoszało, ale w końcu 1 maja. Wybraliśmy ten parking, bo kosztował najtaniej 17,50 Euro. Inne kosztowały po ponad 30 Euro. Zupełnie nie wiemy dlaczego. Ładny, duży podziemny parking z monitoringiem i z blokadą wejścia dla innych osób.
 
Samo zwiedzanie zaczynamy dość późno, bo po 9:00 rano. Na początek wybraliśmy Sagrada Familia. Ciekawe od której godziny stali ludzie w kolejce? Kolejka bez mała zatacza krąg wokół całego placu na którym jest kościół. O nie, nam wystarczy widok z zewnątrz. Potem Casa Mila, Casa Batllo oraz Park Güell - czyli początek podróży zaczynamy śladami wybitnego architekta Antoniego Gaudi.
 
 
 
 
Następny cel podróży to Camp Nou. Fanami piłki nie jesteśmy, ale myślimy, że może warto zobaczyć ten obiekt. Teraz już wiemy, że chyba nie warto. Bilet wstępu kosztuje 22 Euro od osoby. Z podziwem patrzymy na osoby stojące w ogromnej kolejce do czterech kas. No cóż pewnie fani FC Barcelony są w stanie dać każdą cenę. My wolimy zaoszczędzone pieniądze wydać na mecz reprezentacji Polski na dużo ładniejszym stadionie. Starczy na bilet i na szalik. Odchodzimy trochę źli, bo straciliśmy ponad godzinę.
 
Wysiadamy na Placu Hiszpańskim. Stąd udajemy się na spacer w kierunku Muzeum Sztuki, a potem do Parku Olimpijskiego. Naprawdę warto odwiedzić te miejsca. Park znajduje się tuż za Muzeum. Co ciekawe, na strudzonych turystów często czekają ruchome schody.
 
 
 
Po godzinie 14:00 docieramy w końcu do Port Vell i na miejską plażę - jak dobrze zmoczyć nogi, napić się piwka lub zjeść loda. Lane piwo w barze 50 metrów od nas kosztuje 4 Euro za 0,25L, a w markecie 100 metrów od nas za puszkę 0,33L płacimy 0,75 Euro. Czujność studenta nie zawodzi. Tak całe popołudnie spędzamy patrząc na śmiałków wchodzących do wody i na ludzi, którzy co 15 sekund oferują nam: masaż, drinka, zimne napoje, przekąski, chusty, okulary itp. Wyobraźcie sobie 20 osób chodzący w tą i z powrotem na odcinku dosłownie 100 metrów.
 
 
 
Przed 20:00 wybieramy się do restauracji w porcie. Zamawiamy typowe hiszpańskie danie Paella. Kasia zamawia z owocami morza, a Kuba z mięsem. Każdy ma jakieś swoje smaki, nam jednak obiad tak średnio smakuje.
 
Cieszymy się, bo przed nami najlepsze czyli wieczorny pokaz Fontanny Montjuic. Kręci się pełno ludzi, ale nic się nie dzieje. W końcu dowiadujemy się, że fontanna działa od 1 maja, ale od czwartku do niedzieli. No cóż zostawimy to bez komentarza, a turystów pełno, bo w końcu dzisiaj święto.
 
 
 
Potwornie zmęczeni docieramy do auta i ujeżdżając autostradą zaledwie kilka km od Barcelony kładziemy się spać na pierwszym dużym parkingu ze stacją benzynową. Tego dnia pokonaliśmy dystans około 60 km.
 
Koniec części pierwszej.

EUROTRIP '2012
 
czas: maj 2012 r.
 
dystans: 6487 km

Odwiedzone miejsca:
 
Cesky Krumlov, Innsbruck, Vaduz, Bregenz, Zurych, Berno, Genewa, Mediolan, Monako, Nicea, Cannes, Avignon, Nimes, Carcassonne, Andora, Barcelona, Tossa de Mar, Viaduc de Millau, Paryż, Luksemburg, Bruksela, Haga, Zaanse Schans, Amsterdam, Magdeburg

Odwiedzone kraje:
 
1. Czechy
2. Austria
3. Liechtenstein
4. Szwajcaria
5. Włochy
6. Monako
7. Francja
8. Andora
9. Hiszpania
10. Luksemburg
11. Belgia
12. Holandia
13. Niemcy

Copyright © 2024 ZIEM.pl - Zdjęcia są naszą własnością. Kopiowanie lub rozpowszechnianie zdjęć bez naszej zgody jest niezgodne z prawem!