|     POLSKA    |     EUROPA    |     AFRYKA    |     AMERYKA    |     AZJA

Inne  |   Spis zdjęć  |   Relacje i poradnik

Część druga:
 
Środa, 02.05 [dzień 6]
 
Dzień rozpoczynamy znowu po godzinie 6:00 rano. Przy najbliższej okazji zjeżdżamy z autostrady i mkniemy urokliwą drogą wzdłuż wybrzeża. Na śniadanie zatrzymujemy się na parkingu na skarpie przy samym morzu. Na odpoczynek nad morzem planowaliśmy zatrzymać się w mieście Calella. Jednak jak dla nas to za duży kurort. Patrzymy w mapę i naszą uwagę zwraca miejscowość o nazwie Tossa de Mar.
 
To był strzał w dziesiątkę i miłość prawie od pierwszego wejrzenia. Postanawiamy zostać tu do jutra. Nasz hotel znaleźliśmy za trzecim podejściem. Pokój z ładnym widokiem na morze i wzgórze z murami obronnymi. To wszystko za jedyne 62 euro z parkingiem i śniadaniem. Poprzednie oferty to 66 euro oraz 83 euro.
 
 
 
 
Sama miejscowość jak się okazało znana jest przede wszystkim z jednej z najpiękniejszych w Hiszpanii średniowiecznej starówki i fortyfikacji obronnych z XII wieku. Nam się podoba nawet bardzo. Jest gdzie spacerować, a plaża jest jeszcze większa niż w Barcelonie. Za obiad płacimy też dużo mniej. Tylko szkoda, że morze też nie jest cieplejsze.
 
Wieczorem romantyczny spacer po uliczkach przy wzgórzu. Tego dnia pokonaliśmy dystans około 80 km.
 
 
 
Czwartek, 03.05 [dzień 7]
 
Niespodzianka - wstajemy dopiero tuż przed 8:00 rano. Śniadanie w formie bufetu - jak w każdym hotelu, ale naprawdę dobre. Oprócz nas na sali nikogo nie ma.
 
Rano udajemy się na spacer po pobliskich wzgórzach, z których są piękne widoki na morze i naszą miejscowość. Resztę pory przed obiadowej spędzamy na plaży. Przed 15:00 udajemy się na obiad. Tym razem, nie na bulwarze tylko zapuszczamy się w uliczki. W ładnej knajpce za naprawdę dobry obiad z napojami płacimy w sumie 15 Euro.
 
 
 
Ciężko się rozstawać, ale po godz. 15:00 ruszamy w drogę. Wracamy do Francji, ale nie koniecznie w stronę Polski. Nasz cel to Wiadukt Millau - najwyższy most w Europie. Jest wyższy o 19 metrów od wieży Eiffela. Jego najwyższy filar mierzy, aż 341 metrów. Jezdnia położona jest na wysokości 245 metrów.
 
Do Wiaduktu Millau dojeżdżamy ok. godziny 18:30. Przejeżdżając przez most nie czuje się wysokości. Jednak tuż za nim znajduje się parking autostradowy, z którego jest wspaniały widok na sam wiadukt oraz dolinę i miasto Millau.
 
 
 
Po godzinie czasu ruszamy dalej na północ, w kierunku Paryża. Za przejazd wiaduktem płacimy 6,70 euro. Potem za około 400 km odcinek autostrady płacimy jedyne 35,40 Euro. W ogóle wolimy nie liczyć ile wydaliśmy na autostrady we Francji. Polegliśmy około godziny 0:30, nieco ponad 100 km przed celem. Tego dnia pokonaliśmy dystans ok. 900 km.
 
Piątek, 04.05 [dzień 8]
 
Wszystko wraca do normy czyli wstajemy ok. 6:00 rano. Tuż przed Paryżem wita nas piękny wschód słońca, a zaraz po nim ogromny korek. Na szczęście my tylko musimy dostać się na obrzeża gdzie znajduje się nasz parking. Stawki podobne jak w Barcelonie - 17,50 euro za 24h. Odnajdujemy stację metra i ruszamy. Około godziny 9:00 rano docieramy do Panteonu, a potem na pieszo idziemy do Katedry Notre-Dame. Miało padać, a tymczasem przejaśnia się.
 
 
 
Docieramy do bazyliki Sacré-Cour. Przed tym wysiadamy na stacji metra Abbesses, gdzie do góry zawozi nas winda o pojemności 100 osób (7500 kg), a największa winda jest niby w Hongkongu o pojemności 80 osób. Następnie udajemy się na Łuk Triumfalny i wdrapujemy się na szczyt, skąd roztacza się naprawdę fajny widok na miasto.
 
 
 
 
Docieramy do pozycji nr 5 na naszej liście - Wieży Eiffla. Nie wiedzieć czemu jedna kolejka jest bardzo długa (około 2 godziny stania). Do dwóch innych "nóg" kolejka jest na około 5-10 minut. Gdy docieramy do kasy zaczyna padać i rozmyślamy się, a bilet nie jest taki drogi - 12 euro za windę do samej góry.
 
 
 
Nie rozpaczamy i ruszamy dalej. Pieszo docieramy do Les Invalides, dalej również pieszo do Placu Zgody i Luwru. Nie mieliśmy sumienia wsiąść w metro, jednak kosztowało to nas sporo sił. Dodatkowo wycieczka w Luwrze dobija nas. Wsiadamy do metra i docieramy do dzielnicy La Défense, gdzie znajduje się Grande Arche. Tutaj znajduje się pełno marketów i restauracji. I tutaj regenerujemy siły.
 
 
 
Po przerwie w Centrum Pompidou udajemy się więc na Place des Vosges - najładniejszy plac Paryża. Rzeczywiście ten niewielki placyk jest uroczy i wszystko jest jakby od linijki. Resztkami sił docieramy jeszcze pod La Madeleine i Operę Garniera.
 
 
 
Na sam koniec docieramy znów na Pola Marsowe przy wieży Eiffla, by stwierdzić, że nie mamy sił aby wejść na wieżę oraz czekać do zmroku. Nogi odmawiały nam już posłuszeństwa. Robimy zakupy i ruszamy w dalszą drogę.
 
Za Paryżem zaczyna bardzo mocno padać. Tuż przed Luksemburgiem zatrzymujemy się na parkingu. Deszcz nie odpuszcza, a przecież prognozy były korzystne dla tego malutkiego Państwa. Tego dnia pokonaliśmy dystans ok. 450 km.
 
Sobota, 05.05 [dzień 9]
 
Wstajemy standardowej porze. Dalej mocno pada. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie jechać już do Polski. Po godzinie 7:00 zaczynamy zwiedzanie stolicy Luksemburga i oczywiście już nie pada. Miasto bardzo powoli budzi się do życia co dodaje mu dodatkowego uroku. Powolny spacer zajmuje nam trochę ponad godzinę. Ogólnie bardzo nam się podoba. Przed wyjazdem tankujemy paliwo pod sam korek. Cena paliwa bardzo atrakcyjna - ponad 50 groszy taniej niż w Polsce.
 
 
 
Jedziemy do Brukseli, gdzie docieramy o 10:30. Spędzamy tutaj 2 godziny i żałujemy, że tak krótko. W Internecie przeczytaliśmy sporo opinii, że tutaj w sumie nic nie ma. Jednak naszym zdaniem jest zupełnie odwrotnie. Samo miasto jest bardzo ładne. Mijaliśmy sporo ładnych zabytków i kościołów. Ale to dobry pretekst żeby jeszcze tutaj wrócić. Przy sikającym chłopczyku trafiamy na fajny festyn oraz zjadamy pyszne gofry z owocami i czekoladą.
 
 
 
 
Równo o godzinie 14:00 meldujemy się w Hadze, która również robi na nas bardzo dobre wrażenie. Chwilę spacerujemy nad Morzem Północnym na słynnym kąpielisku Scheveningen. Resztę krótkiego pobytu w Hadze spędzamy na błąkaniu się samochodem po mieście i postojach przy klimatycznych budynkach.
 
 
 
 
Tuż po 16:00 docieramy do wioski Zaanse Schans. Będąc w Holandii, warto odwiedzić to miejsce. W tej wiosce znajduje się skansen starych wiatraków oraz domów. Możemy również zobaczyć jak przebiega produkcja popularnych chodaków i serów. Zwiedzanie uprzykrza nam pogoda. Co prawda nigdzie nie pada, ale robi się coraz bardziej zimno.
 
 
 
 
Ostatnie miejsce jakie tego dnia zwiedzamy to Amsterdam. Stolicę Holandii zapamiętamy jako miasto rowerów i imprezowiczów. Praktycznie na każdym placu coś się dzieje. Warto wybrać się na spacer między urokliwymi kanałami gdzie na niektórych barkach są mieszkania. W Amsterdamie znajduje się również kamienica nazywana najwęższym domem świata. Jednak jak dla nas samo miasto ma więcej minusów, o których lepiej nie pisać.
 
 
 
Wieczorem ruszamy w stronę Polski. Po przekroczeniu granicy Holandia - Niemcy przez najbliższe 100 km na autostradzie mijamy praktycznie tylko samochody z Polski. W strugach deszczu zatrzymujemy się tuż przed Magdeburgiem. Pierwszy parking jest praktycznie przepełniony, więc jedziemy na następny. Chyba noc i pogoda kierowców zachęciła do postoju. Tego dnia pokonaliśmy dystans ok. 1100 km.
 
Niedziela, 06.05 [dzień 10]
 
Wstajemy tuż przed 6:00 rano. Snu nie było za wiele. Dodatkowo temperatura +5 stopni nie zachęca do zwiedzania. Nie poddajemy się i ubrani we wszystkie ciepłe ubrania jakie mamy rozpoczynamy zwiedzanie. Tuż obok Magdeburga znajduje się most wodny o nazwie "Magdeburg Water Bridge" i długości 918 metrów. Jest to najdłuższy akwedukt żeglowny na świecie. Ciężko zrobić zdjęcia, ale z pomocą statywu jakoś udaje się. W samym centrum miasta znajduje się Zielona Cytadela czyli nietypowy różowy (wbrew nazwie) kompleks mieszkalny. Podobne dzieło tego samego architekta podziwialiśmy kiedyś w Wiedniu.
 
 
 
 
Przed 8:00 rano udajemy się w kierunku granicy w Zgorzelcu. Do Olszyny jest trochę bliżej, ale chcemy ominšć słynną autostradę patatajkę. Poza tym ciągle mamy nadzieję, że pogoda umożliwi nam zwiedzanie Drezna i przepięknego miasteczka w Czechach o nazwie Decin (Tetschen-Bodenbach).
 
Jednak temperatura ok. 4 stopni zachęca nas raczej do mocniejszego wciśnięcia pedału gazu. Podejmujemy decyzję, że te dwa miasta zostawiamy na późniejszą okazję i kierujemy się do domu, żeby zdążyć jeszcze na niedzielny obiad.
 
Tak kończy się nasza podróż. Około godziny 14:00 dojeżdżamy do słonecznej i bardzo ciepłej Częstochowy. Na liczniku wyskakuje wynik: 6487 km. Tego dnia pokonaliśmy dystans ok. 700 km.
 
Podsumowanie:
 
Koszty:
karta: 3750 zł
euro: 1600 zł (380 E)
franki: 180 zł (52 Fr)
ubezpieczenie: 70 zł
asistance: 80 zł
paliwo przed wyjazdem: 360 zł
 
suma: 6040 zł (z tego około 3000 zł to sam koszt przejazdu (paliwo + autostrady)
 
Spalanie: pomiędzy poszczególnymi wizytami na stacji wahało się między 5,5-6,5 L/100km. W zależności od drogi i prędkości. Auto to Mazda 6 2.0 136 KM diesel.

EUROTRIP '2012
 
czas: maj 2012 r.
 
dystans: 6487 km

Odwiedzone miejsca:
 
Cesky Krumlov, Innsbruck, Vaduz, Bregenz, Zurych, Berno, Genewa, Mediolan, Monako, Nicea, Cannes, Avignon, Nimes, Carcassonne, Andora, Barcelona, Tossa de Mar, Viaduc de Millau, Paryż, Luksemburg, Bruksela, Haga, Zaanse Schans, Amsterdam, Magdeburg

Odwiedzone kraje:
 
1. Czechy
2. Austria
3. Liechtenstein
4. Szwajcaria
5. Włochy
6. Monako
7. Francja
8. Andora
9. Hiszpania
10. Luksemburg
11. Belgia
12. Holandia
13. Niemcy