Prom płynie ponad 8 godzin. Gdy zjeżdżamy Straż Graniczna obserwuje samochody i niektóre ściągają na bok.
Nas puszczają dalej, ale już koledzy Cyganie są zaproszeni na bok. Potem jeszcze jedna kontrola, Pan ubrany po
cywilnemu wypytuje nas m.in. o cel i długość pobytu oraz ile mamy pieniędzy. We Włoszech jako pierwsze odwiedzamy
Alberobello, które fascynuje za sprawą unikatowych okrągłych domów z kamienia ze stożkowatym dachem, tzw. trulli.
Około godziny 13:00 docieramy do kolejnego fajnego miejsca. Matera jest uważana za jedno z najstarszych miast świata.
Jest to niesamowite miasto wykute w skałach, gdzie kręcono wiele scen do filmu "Pasja". Po zwiedzaniu znajdujemy
restaurację w cieniu. Oczywiście kulinarny podbój Włoch zaczynamy od pizzy. Za dwie pizze, piwo i butelkę wody
płacimy 16 euro.
Po godzinie 15:00 temperatura pokazuje 41 stopni. Zatrzymujemy się tylko na chwilę, aby zmoczyć nogi w morzu.
Jako cel obieramy sobie miasto Tropea w regionie Kalabria. Dokładnie 10 km wcześniej w miasteczku Zambrone naszą
uwagę przykuwa kamping o nazwie Sambalon. Okazuje się, że jest położony nad samym morzem z bardzo ładną plażą.
Parcele są zacienione siatką i duże, także dla naszego auta i małego namiociku miejsca aż za dużo. Ludzi mało,
jest zaledwie kilka włoskich emerytów, którzy przyjechali swoimi kamperami. I na końcu cena, płacimy 45 euro
za 3 noce (cena kompletna: prąd, podatki). Strona: sambalon.it
Piątek, 21.06 [dzień 8]
Wcześnie rano ruszamy na małe zwiedzanie. Mgły utrudniają nam jazdę, a gdy ustępują od razu robi się spiekota.
Jako pierwsze odwiedzamy Reggio di Calabria. Ładne miasteczko z widokiem na Sycylię. Przez upał i chęć poleniuchowania
na plaży rezygnujemy z pomysłu popłynięcia na drugą stronę. Musi nam wystarczyć ładny widok. Spacerujemy promenadą
przez godzinę, odwiedzając jeszcze pobliski zamek i katedrę. Wracając wzdłuż wybrzeża zatrzymujemy się na chwilę
w miasteczku Scilla. Około godziny 13:00 wracamy na nasz kemping. Po drodze zrobiliśmy małe zakupy, bo w barze piwo
jest owszem bardzo zimne i smakuje, ale kosztuje 2 euro puszka 0,33.
Sobota, 22.06 [dzień 9]
Rano wyruszamy na plażę w miasteczku Tropea, którego znakiem rozpoznawczym jest klif, na którym zbudowane jest miasto.
Bajkowy widok na miasto jest właśnie ze wspomnianej plaży, a dokładnie gdy wejdziemy kawałek do morza. Kolejną atrakcją
jest kościół, który stoi na wysokim wzniesieniu, tuż obok plaży. Kupujemy na pamiątkę plażową kapę, od Pana, który nie ma
pojęcia co to jest Polska, Poland, Polonia, aż w końcu dostaje olśnienia, że na pewno jesteśmy z Bolonii. Szkoda tylko
Sherlocku, że nie mówimy w twoim języku. Odnosimy wrażenie, że Włosi są trochę na bakier z geografią. Najwięcej
śmiechu było na kampingu gdy sąsiadka dowiedziała się od nas, że już od 20 lat nie istnieje taki kraj jak Czechosłowacja.
Jeszcze przed południem przenosimy się na plaże obok naszego kempingu, bo na plaży w Tropei zaczyna brakować cienia.
Wieczorem pakowanie rzeczy i idziemy spać, bo jutro skoro świt ruszamy w dalszy podbój Włoch. Szybko minęły nam te trzy noce.
Niedziela, 23.06 [dzień 10]
Wyjeżdżamy gdy na dworze jest jeszcze szarówka. Sami otwieramy i zamykamy bramę kempingu. Do pokonania mamy niecałe 400 km
- cel Pompeje. Na miejsce docieramy tuż przed otwarciem (8:30). Za bilety wstępu płacimy 22 euro. Na niebie chmury, ale i
tak jest duszno. Ogólnie warto zobaczyć, ale teren rozległy i trzeba się nieźle nadreptać. Im bliżej południa tym większe
chmary turystów i kolegów z Azji co non stop robią aparatem cyk cyk.
Około 20 km dalej znajduje się Wezuwiusz - jeden z najbardziej znanych wulkanów Europy. Ponoć znajduje się na liście pięciu
najniebezpieczniejszych wulkanów świata. Nawiasem mówiąc to on zniszczył Pompeje. Za wejście płacimy 18 euro.
Tak w skrócie to z całej wycieczki po wulkanie najbardziej podoba nam się widok na wybrzeże i Neapol. Dla zbieraczy
kamyków gratka, leży pełno kawałków lawy. Aha i białe lub nowe buty to zdecydowanie zły pomysł.
Tak docieramy do Neapolu, który nas i zachwyca i odstrasza. Na przedmieściach często walają się śmieci. Ciekawostka
to autostrada biegnąca nad dachami bloków i kamienic. Auto trochę ze strachem zostawiamy na parkingu jednej z pierwszych
stacji metra i dojeżdżamy na wzgórze z zamkiem Sant'Elmo. Wejście na zamek kosztuje 2,50 euro. Wcześniej jest lodziarnia
gdzie mamy lody jakie tylko możemy sobie wyobrazić - warto spróbować. W kierunku morza schodzimy schodkami błądząc między
kamienicami. Ciekawe ile pokonaliśmy schodów. Na dole czeka na nas m.in. Pałac Królewski, dwór Castel Nuovo oraz obiad.
Ceny zaczynają się od 5 euro za pizzę i piwo lub napój.
Późnym popołudniem opuszczamy Neapol i jedziemy w kierunku Rzymu. Po drodze tankujemy paliwo. We Włoszech jest dużo stacji,
gdzie mamy do wyboru dwie ceny za dane paliwo. Trochę taniej gdy sami tankujemy, parę centów drożej gdy tankuje nam obsługa
stacji. Po niecałych dwóch godzinach jazdy docieramy do Rzymu. Zjeżdżając z autostrady widzimy jak jedna bramka zacina się.
Też próbujemy przejechać na Janka, ale dwa auta przed nami naprawia się. Szkoda, bo cena nas trochę zaskakuje - 15 euro.
Najpierw zastanawiamy się czy nie drzemać w aucie, ale perspektywa jutrzejszego zwiedzania rozwiewa nam ten pomysł. Ceny
hoteli na rogatkach Rzymu powalają nas, około 60-90 euro. Dzwonimy do znajomego księdza i dzięki temu kończy się na hotelu
w centrum Rzymu za 50 euro. (500 m do placu Świętego Piotra, 300 m do zamku Świętego Anioła). Hotel Adriatic,
Via Giovanni Vitelleschi 25.
Poniedziałek, 24.06 [dzień 11]
Przed godziną 8:00 musimy zwolnić miejsce parkingowe przed hotelem. Auto zostawiamy na miejscu parkingowym obok zamku Świętego
Anioła. Za 8 godzin, 4 euro. Robimy zdjęcia przy wspomnianym zamku i spacerkiem idziemy do Bazyliki Świętego Piotra.
Gdy wchodzimy do środka nie ma wcale kolejki, ale gdy wychodzimy naszym oczom ukazuje się długi ogon czekających ludzi.
Potem kupujemy kanapki i napoje, za które płacimy całkiem nie mało, bo 11,50 euro. Całodniowe bilety na komunikacje miejską
kosztują nas w sumie 12 euro. I tak zwiedzamy po kolei: Bazylika NMP Wszystkich Ludzi, Schody Hiszpańskie, Koloseum i
Łuk Konstantyna Wielkiego. Tak docieramy do Forum Romanum, za bilety płacimy w sumie 15 euro.
Tuż obok Forum Romanum jest Plac Wenecki. Na nas zrobił większe wrażenie wczoraj w nocy, ładnie oświetlony. Następnie
plac Campo de Fiori, fontanna Czterech Rzek i Panteon. Na koniec słynna fontanna Di Trevi i z bolącymi stopami wracamy do auta.
Nie mamy ochoty dłużej chodzić i już około godziny 15:00 opuszczamy Rzym. Jadąc drogą wzdłuż wybrzeża docieramy do miasta Pisa
(Piza). Robimy zdjęcia w rodzaju jak każdy i po chwili możemy jechać dalej.
Tak docieramy do Florencji. Trafia nam się przepiękna sceneria do zdjęć. Zachód słońca i obraz po burzy z tęczą w mgle.
Około godziny spacerujemy uliczkami, po czym siadamy w jednej z wielu restauracji. Tym razem na kolację wybieramy lasagne
ravioli. Za duże porcje tych pyszności wraz z lampką wina i piwem płacimy 18 euro.
Już po godzinie 23:00 docieramy do Sieny. Postanawiamy nie czekać do rana tylko wybrać się na mały spacer. Okazuje się, że
nocą Siena jest bardzo ładnie oświetlona. Już po północy ruszamy w dalszą drogę. Mamy około trzy godziny jazdy do następnego
celu, więc po drodze dwa razy zatrzymujemy się na drzemki.
Wtorek, 25.06 [dzień 12]
Po godzinie 7:00 docieramy do niezwykle malowniczo położonego miasteczka San Leo, które leży zaledwie parę kilometrów od San Marino.
Dla nas są to takie Włochy w miniaturze. Ze znalezionych komentarzy często pojawiają się głosy, że jest to jedno z najpiękniejszych
miejsc we Włoszech.
Zaledwie 20 km dalej znajduje się San Marino. Jest to naprawdę ładne miejsce, w które warto zajrzeć jeśli przejeżdżamy gdzieś obok.
Ze szczytów San Marino możemy podziwiać piękne widoki. Naszym oczom ukazują się z jednej strony połacie gór i lasów, a z drugiej
widać Adriatyk. Pamiętajmy o zakupach, jest taniej niż we Włoszech. My kupujemy kilka butelek wina.
Po porannym zwiedzaniu przychodzi czas na zabawę. Jedziemy do wesołego miasteczka Mirabilandia w okolicach Rawenny. Tuż po godzinie
10:00 meldujemy się przed dużym parkingiem, za który trzeba zapłacić 5 euro. Przed wyjazdem przeczytaliśmy coś o biletach łączonych
z noclegiem. Normalne bilety wstępu są po 34 euro czyli wychodzi 68 euro. Za bilet dwudniowy z hotelem 3 gwiazdkowym i ze śniadaniem
płacimy 100 euro. W cenie mamy jeszcze MiraBeach - park wodny na świeżym powietrzu z dużą plażą i basenami.
Hotel położony jest 14 km od parku. Dodatkowo okazuje się, że położony jest przy plaży. Inna sprawa, że Adriatyk
w tym miejscu nas nie urzeka krótko mówiąc. Coś jak nasz Bałtyk z dodatkiem nieskończonego widoku leżaków i parasoli ułożonych
jak od linijki.
Zaczynając szaleństwo, postanawiamy zaliczyć wszystkie atrakcje parku i te szalone, i te nudne. Na pierwszy rzut idzie rollercoaster
o nazwie iSpeed. Osobna kolejka jest na rzędy od drugiego do tyłu, osobna na pierwszy rząd. Na dalsze trzeba czekać około 15 minut,
na pierwszy prawie od razu. I to od razu był dla nas błędem, więcej strachu niż zabawy. Podczas całego pobytu
najbardziej spodobał nam się rollercoaster Katun, na który poszliśmy kilka razy. Jest to kolejka, na której siadamy w wygodnych fotelach,
a nogi zwisają nam swobodnie. Park ogólnie bardzo fajny. Nie byliśmy w MiraBeach, bo odłożyliśmy go na drugi dzień, w który zaczęło padać.
Strona: mirabilandia.it.
Środa, 26.06 [dzień 13]
Zaskakuje nas śniadanie. Do wyboru pełno pieczywa, ale wszystko na słodko. Do wyboru mamy dżem, miód, czekoladę i pełno słodkich
rogalików. W Mirabilandi meldujemy się o równej 10:00. Coś kiepsko dzisiaj z pogodą. Wczoraj ładne słoneczko, a dzisiaj
pochmurno. Przed godziną 15:00 zaczyna padać i uciekamy. Po drodze wjeżdżamy jeszcze na chwilę do Rawenny.
Gdy ujeżdżamy kawałek zaczyna się wypogadzać i świecić słońce. Na celowniku górskie jezioro Garda. Tuż przed zachodem słońca
docieramy do miasteczka Sirmione. Jezioro robi na nas duże wrażenie. Czysta woda, w której widać jak pływają ryby, kaczki dumnie pozujące
do zdjęć oraz zachód słońca nad pobliskimi górami. Udajemy się na dłuższy spacer krętymi uliczkami miasteczka.
Po raz kolejny czeka nas nocne zwiedzanie. Co prawda, nie planowaliśmy tam w ogóle jechać, ale skoro jesteśmy już tak blisko.
Tym razem Werona, która okazuje się miastem z bardzo bogatym życiem nocnym. Siena o tej godzinie już spała, a tutaj istne szaleństwo
na ulicach. Krótko mówiąc miasto wygląda bardzo ładnie nocą. Wjeżdżamy na autostradę i dość szybko usypiamy na jednym z pierwszych
parkingów.
Czwartek, 27.06 [dzień 14]
Dość wcześnie rano budzi nas ziąb. Dzień mieliśmy spędzić w miasteczku Malcesine nad wspomnianym jeziorem Garda, które jest
otoczone dookoła górami. Czytaliśmy o pięknych widokach, o kolejce na pobliski szczyt, z którego rozciągają się piękne widoki
i w końcu o krystalicznie czystej wodzie. Niestety to dzisiaj nie będzie nam dane. Jest zimno, a gęste chmury dodatkowo psują atmosferę.
Jedziemy dalej, w stronę granicy z Austrią. Pogoda zaczyna się poprawiać. Odbijamy z autostrady na Lienz i górską drogą wjeżdżamy
do Austrii. Po drodze zatrzymujemy się nad jeziorem Millstatter aby chwilę odpocząć.
Po godzinie 16:00 docieramy do Grazu, drugiego co do wielkości miasta Austrii. Mimo tego panuje tutaj luźna atmosfera i tłoku też
raczej ciężko uświadczyć. Warto wspomnieć również, że Graz nazywany jest zielonymi płucami, bo ponad dwie trzecie powierzchni miasta
zajmują parki. Zwiedzamy kilka atrakcji po czym na rynku zjadamy zestaw za 5 euro: kiełbasa z musztardą, bułka i piwo.
Wyjeżdżamy z Grazu po godzinie 18:00. Jako następny cel mamy Melk. Postanawiamy nie jechać na około autostradą tylko przebić się
przez góry. Czas dojazdu niewiele dłuższy, a może będą ładne widoki po drodze. Do Melk docieramy przed godziną 21:00. Jest już
zmierzch i barokowy benedyktyński klasztor, który chcieliśmy zobaczyć jest już zamknięty. Szukamy noclegu, ale ceny takie sobie,
poza tym nie przyjmują płatności kartą, a gotówki w portfelu już nie za wiele. No trudno, kolejna nocka w aucie. W nocy nagle
jakiś kot lub szczur wskakuje nam na auto i razem z nim robimy niezły raban. Ciekawe kto się bardziej wystraszył.
Piątek, 28.06 [dzień 15]
Po nocnych przygodach, mimo wszystko w miarę wyspani zaczynamy zwiedzać północną Austrię. Na początek odwiedzamy wspomniany klasztor
z przyległym do niego ciekawym ogrodem.
Następnie zatrzymujemy się na chwilę w Krems an der Donau. Jest to jedno z większych miast nad Dunajem. W opisie piszą, że zabytkowy
Krems przyciąga miłośników zabytkowej architektury i znawców wina. Wina co prawda nie próbujemy, ale miasto nam się podoba.
W porze obiadowej trafiamy do zamku Kreuzenstein, który jest położony niedaleko Wiednia. Konstrukcja zamku jest bardzo nietypowa
ponieważ jest kolekcją elementów średniowiecznych wykorzystanych z różnych innych budowli europejskich. Przy zamku znajduje się
zrobiona w ciekawym stylu restauracja. Siadamy i zamawiamy dania, które nam w miarę smakują.
Po południu przenosimy się już do Czech, a konkretnie do miasteczka Lednice, gdzie znajduje się neogotycki zamek otoczony
dwustuhektarowym parkiem. Od 1996 roku na liście UNESCO. Do konfiskaty w 1945 roku posiadłość należała do rodu Liechtensteinów.
Tyle razy przejeżdżaliśmy obok i nie wiedzieliśmy, że taka perła jest obok.
Na koniec trafiamy do Kromeriz, które w roku 1997 zostało uznane za najpiękniejsze miasto Republiki Czeskiej.
Chyba w zeszłym roku byliśmy już w czeskim mieście, które jest naj? Tylko tam to było najpiękniejsze na świecie, a to to jest
najpiękniejsze w Czechach. Na pewno warto tutaj zajrzeć, a tutejszy Zamek Arcybiskupi wraz z ogrodem jest na liście UNESCO.
Tak kończy się nasza kolejna podróż po Europie. Trochę wcześniej niż planowaliśmy, ale nie narzekamy. Na liczniku 7805 kilometrów.
Do Częstochowy docieramy jeszcze przed zmrokiem, a więc w weekend odpoczniemy i wyśpimy się przed nowym tygodniem pracy.
Przed nami wakacje, a więc będzie jeszcze pełno okazji do krótkich wypadów po Polsce.