Kolejna odsłona przygód w Europie: 10 dni, 3 kraje, 4949 km samochodem, 4292 km samolotem, 68 km promem oraz niezliczone kilometry na nogach.
Podróż w dwie osoby. Wyjeżdżamy w piątek, 25 kwietnia 2014 roku około godz. 18:00 z okolic Częstochowy.
Miała być to podróż do Mołdawii i Ukrainy. Jednak przez konflikt zbrojny rezygnujemy z tych planów i w połowie lutego rezerwujemy bilety
lotnicze do Islandii. Będzie to nasza najbardziej skomplikowana podróż pod względem logistycznym.
Bilety lotnicze, na prom i wypożyczenie auta
Zadecydowaliśmy, że polecimy z Kopenhagi, bo przy okazji zwiedzimy kawałek Danii. Za bilety w dwie strony, za dwie osoby płacimy 373,50 euro.
Przy okazji rezerwujemy auto na pięć dni - 210 euro (42 euro/dzień). Ceny zaczynały się od 30 euro za kurduple. Kurs euro, około 4,15 zł.
Około miesiąca wcześniej rezerwujemy prom z Rostock do Gedser, dzięki czemu płacimy 54, a nie 100 euro. Przewoźnik od razu przelicza cenę
na PLN co daje 225 złotych. Również wcześniej rezerwujemy prawie wszystkie noclegi.
Sobota, 26.04 [dzień 1]
W dniu wyjazdu po pracy jemy obiad, chwila odpoczynku i ruszamy w drogę, bo prom odpływa o godzinie 4:30, a do przeprawy promowej mamy
około 800 km. Parę kilometrów przed portem tankujemy auto do pełna, bo cena paliwa w Danii jest wyższa niż w Niemczech. Przy bramkach
promowych meldujemy się parę minut przed godziną 4:00. Prom płynie około dwie godziny, więc mamy chwilę na drzemkę.
O godzinie 8:00 docieramy do Mons Klint. Jest to pas kredowego klifu, uważane za jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Danii. Mamy szczęście,
bo pogoda nam sprzyja, a najlepszy widok na klify jest rano, kiedy słońce oświetla jasne skały. Spacer najpierw dołem, a potem górą, zajmuje
nam prawie dwie godziny. Co nas zdziwiło to brak turystów. Dopiero gdy opuszczamy parking zaczynają zjeżdżać autokary i auta.
Około południa docieramy do miasta Hillerod gdzie znajduje się renesansowa siedziba królów Danii o nazwie Frederiksborg. Zamek otoczony jest
dookoła przez jezioro. Przez wielu uważany za najładniejszy zamek w Danii. Zwiedzanie ogrodu i parku znajdującego sie przy zamku jest
bezpłatne. Stąd też rozpościerają się najładniejsze widoki na sam zamek. Szczególnie warto odwiedzić ogród, który jest zadbany i cieszy oko.
25 km na wschód położone jest miasto Helsingor z renesansowym zamkiem Kronborg, który znajduje się na liście UNESCO. Warto również
wspomnieć, że w tym miejscu jest najmniejszy przesmyk między Danią, a Szwecją, bowiem dzieli je wąski 4 km pas Morza Bałtyckiego.
Najlepsza panorama na szwedzkie miasto Helsinborg jest ze wspomnianego zamku.
Tuż przed godziną 16:00 docieramy do Kopenhagi. Na nocleg wybraliśmy Danhostel Copenhagen Amager. Pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką,
cena 240 zł lub 430 koron. Był to jeden z najtańszych hosteli. Warunki dobre, a dodatkowo w pakiecie mamy Wi-Fi i parking.
Ładna pogoda i niezbyt duże zmęczenie powoduje, że postanawiamy jeszcze dzisiaj zobaczyć kilka atrakcji Kopenhagi. Ruszamy i tak
odwiedzamy m.in.: Syrenkę, Fontanne Gefion, Operę Królewską. Co nas zaskakuje to bogate życie kulturalne. Co chwile impreza, ludzie
biwakują na trawnikach w parku, totalnie pełen luz. Mniej przyjemne dla oka są walające się śmieci. No to my też trochę poświętujemy.
Niedziela, 27.04 [dzień 2]
Wylot mamy dopiero o godzinie 21:45, także mamy praktycznie cały dzień aby poszwendać się po Kopenhadze. Do wszystkich miejsc
dojeżdżamy własnym autem. Zaczynamy od budynku giełdy, potem dawny zamek królewski, ratusz, malowniczy port Nyhvan oraz
kościół Najświętszego Zbawiciela ze spiralną wieżą mierzącą 90 metrów. Na szczęście nie pada deszcz, więc możemy wejść na wieżę
i ujrzeć niemal całe miasto. Tuż obok kościoła jest słynna dzielnica Christianshavn. Panuje w niej luźna atmosfera dzielnicy robotniczej,
i nazywana jest małym Amsterdamem. Potem udajemy się do kościoła św. Anny, gdzie w niedzielę jest msza po polsku. Spotykamy sporo
rodaków. Strona: polskamisjakatolicka.dk. Resztę popołudnia
spędzamy na kocu w jednym z parków, a potem jeszcze spacer wzdłuż wybrzeża. Zaskakuje nas czystość morza.
Na parking przy lotnisku docieramy przed godziną 17:00. Najtańsze parkingi to P15 i P17, z których dojeżdża bezpłatny bus (5-10 minut)
pod sam terminal. Parking kosztuje 400 koron (225 zł), a więc bardzo dużo. Przed wyjazdem analizowaliśmy inne możliwości, ale nic lepszego
pod względem finansowym i czasowym jak dla nas nie było.
Zabieramy ze sobą tylko bagaż podręczny, a więc mamy dwie walizki 56/45/25 do 10 kg. Nasze walizki prawie spełniają te wymiary, ale
nikt nie robi problemu. Co zabieramy ze sobą? Buty zimowe na nogach, grube kurtki pod pachą. W jednej walizce jadą z nami m.in.
spodnie narciarskie, polar, czapki, rękawice, bielizna, drobne kosmetyki i laptop. Druga walizka to głównie prowiant paczkowany
termicznie: ser żółty, kabanosy, małe szynki i pasztety, dżemy, zupki w proszku, pieczywo chrupkie, batoniki.
Gdy przejdziemy kontrolę bezpieczeństwa to lotnisko w Kopenhadze zamienia się w małe miasteczko sklepów, restauracji, banków i
innych usług. Trzeba uważać, bo przejście do stanowiska odprawy może zająć nam kilka minut. Nasz samolot odlatuje z lekkim
opóźnieniem (według planu 21:45). Linie to WOW Air. Mimo, że to tanie linie lotnicze to obsługa i wnętrze samolotu na wysokim poziomie.
Samolot leci około 3:20, od tego musimy odjąć różnicę czasu wynoszącą 2 godziny czyli lądujemy około godziny 23:05.
Poniedziałek, 28.04 [dzień 3]
Po wylądowaniu mamy mały problem z wypożyczeniem auta tzn. na rezerwacji nie ma nazwy wypożyczalni, a jest kilka stanowisk.
Udaje się w końcu znaleźć, ale to nasz błąd, bo jeden mail zawierał informacje jaka to wypożyczalnia. Dostajemy już trochę zmęczonego
Golfa 6 w benzynie i tuż po północy wyruszamy w drogę.
Z lotniska do Reykjaviku jest około 50 km czyli godzina jazdy. Oczywiście na tę noc nie mamy noclegu, więc musimy jakoś przeżyć do rana.
Robimy kilka nocnych zdjęć i ubrani w co się da zasypiamy w aucie. Na horyzoncie cały czas jest taki widok jakby za chwilę miało wstać słońce.
Około godziny 5:00 robi się już całkowicie widno i ruszamy w drogę. Ruszamy w stronę Thingvellir Park. Jest to Park Narodowy i jezioro
z przepięknymi terenami z rozstępami spowodowanymi przez trzęsienia ziemi. Po drodze mijamy owce, konie, a do tego zupełne pustki.
O godzinie 7:00 docieramy do pierwszej atrakcji typu HIT czyli Geysir. Są to najpopularniejsze gejzery w Islandii. Na szczęście
gdy my przyjeżdżamy nie ma tutaj zupełnie nikogo. Z parkingu widzimy jak w oddali co chwila unoszą się wielkie strumienie wody.
Pędzimy co sił, bo co będzie jak się obrażą albo będą miały przerwę.
Kawałek dalej znajduje się kolejny HIT czyli Gullfoss. Jest to malowniczy i szeroki wodospad, który wpada do wysokiego i długiego kanionu.
W niektórych miejscach nie da się oglądać, bo unoszące się kropelki wody trzaskają po twarzy.
I następny HIT na ten dzień czyli jeden z najpopularniejszych wodospadów o nazwie Seljalandsfoss. Jest to słynny 60 metrowy wodospad,
gdzie możemy wejść za jego kaskadę i podziwiać ścianę wody z niecodziennej perspektywy.
W miejscowości Skogar są domy z dachami z torfu, ale największą atrakcją jest kolejny wodospad Skogafoss. Wodospad jest naprawdę ładny
i można zobaczyć go z góry, dzięki ścieżce i wybudowanej platformie widokowej na szczycie. Zaczyna nas coraz bardziej martwić pogoda, bo
chmury zaczynają schodzić coraz niżej. Dobre humory podtrzymują widoki i soczysta zieleń.
Gdy docieramy do Dyrholaey zaczyna mocno padać i kilka minut siedzimy w samochodzie. Jest to najbardziej na południe wysunięty punkt
Islandii. W tym miejscu jest ładny widok na bazaltowe iglice pozostałe po wyspach wulkanicznych. Jest też tutaj duży łuk z czarnej lawy
oraz czarna plaża. Niestety jest za wcześnie i nie spotykamy tutaj pięknych i charakterystycznych ptaków maskonurów.
Trochę żałujemy, że mamy zarezerwowany nocleg w miasteczku Vik i Myrdal, bo mamy jeszcze pół dnia. Nocleg w Welcome Puffin Hostel za około
225 złotych. Pokój okazuje się bardzo fajny, a wspólna kuchnia i łazienka są w bardzo dobrym stanie. Wi-Fi jest szybkie i możemy
pochwalić się pierwszymi zdjęciami.
Jednak najpierw zatrzymujemy się na stacji paliw, na których to w całej Islandii płacimy za kubek, a kawy wypijamy ile chcemy.
To właśnie mieszkańcy tego kraju wypijają najwięcej kawy spośród wszystkich mieszkańców Europy. Za "kubek" płacimy od 150 do 300 koron,
czyli od 4 do 8 złotych. Następnie robimy zakupy w markecie. Piwo ma alkoholu 2.25%, puszka 0,5L kosztuje 160 koron. Mocniejsze piwo można
kupić tylko w nielicznych sklepach. Kupujemy też Skyr czyli bardzo zdrowy islandzki serek podobny do jogurtu, cena 150 koron.
Chleb coś w rodzaju tostowego za 185 koron. Sok pomarańczowy 1L za 220 koron.
W każdym sklepie i na każdej stacji spotykamy rodzime wafelki Prince Polo oraz Elitesse. Wszędzie i za wszystko płaci się kartą kredytową.
Płatności przebiegają błyskawicznie, ledwo wkładamy kartę do czytnika i od razu możemy iść dalej. Po zameldowaniu idziemy jeszcze na spacer
po plaży i natykamy się na zagrodę z małymi owieczkami i baranami. Wracamy około godziny 18:00 i już się nigdzie nie ruszamy.
Wtorek, 29.04 [dzień 4]
O godzinie 7:00 tankujemy auto i ruszamy w dalszą drogę dookoła wyspy. Po ponad dwóch godzinach jazdy docieramy do Park Narodowego
Skaftafell. Postanawiamy wybrać się na spacer jednym z wielu szlaków. Na terenie parku znajduje się wodospad Svartifoss, który spływa
po bazaltowych kolumnach. Spotykamy również wiele gatunków ptaków.
Po drodze zaczyna się coraz bardziej przejaśniać i z okna samochodu podziwiamy ładne widoki. Drogi poza okolicami Reykjaviku są praktycznie
puste. Często możemy spotkać konie, owce, a nawet renifery.
Tak docieramy do Jokulsarlon, czyli kolejny HIT. Jest to tzw. lodowcowa laguna czyli ogromne bryły, które odrywają się od lodowca
i wpadają do jeziora tworząc krajobraz iście polarny. Udaje nam się zobaczyć foki pływające W jeziorze. Kawałek dalej na plaży od strony
morza leżą duże bryły lodowe, które chętnie wszyscy wykorzystują do robienia zdjęć.
Mamy dobry czas, więc po przejechaniu następnych kilkunastu kilometrów zatrzymujemy się w miasteczku Hofn. Przed nami jeszcze sporo kilometrów,
więc tankujemy auto z obowiązkową przerwą na kawę. Potem małe zakupy i ruszamy w dalszą drogę. Mijamy znaki uwaga renifery i po chwili
kilkanaście metrów obok nas biegnie stado. Kawałek dalej udaje nam się w polu wypatrzeć kolejne stado i podjechać bardzo blisko.
Jadąc dalej postanawiamy skrócić drogę. Za miasteczkiem Djupivogur skręcamy w drogę nr 939. Jest to spory skrót, bo do pokonania mamy tylko
19 km, a pozostając na słynnej "1" musielibyśmy przejechać 77 km. Droga okazuje się być sporą atrakcją, bo najpierw wjeżdżamy sporo pod górę,
a potem mijamy zaspy śniegu sięgające nawet 4 metry wysokości.
Gdy dojeżdżamy do następnej atrakcji 130 metrowego wodospadu Hengifoss okazuje się, że złapaliśmy gumę. Jesteśmy wściekli, bo zwracamy uwagę
na nasze ogumienie, które jest w kiepskim stanie, a dróg szutrowych jakby coraz więcej. Wykupiliśmy ubezpieczenie od szyb, ale opon już nie,
więc będziemy musieli sobie sami poradzić. W ogóle Golf 6 kiepsko wypada, pali ponad 8 litrów benzyny, podczas gdy nasz dieselek Golf 5
przy takich prędkościach spalałaby w okolicach 4,5 do 5 litrów. Wracając do naszego wodospadu to musieliśmy sporo przejść pod górę, a tak
średnio nam się spodobał. Pewnie to efekt, że po drodze już trochę wodospadów zobaczyliśmy. Gdy wracamy na główną drogę, krajobraz zmienia
się w bardziej zimowy.
Około godziny 20:30 docieramy do ostatniej zaplanowanej na ten dzień atrakcji, czyli wodospadu Dettifoss. Jest to największy wodospad w Europie
pod względem ilości przepływu wody, 50 m wysokości i 100 m szerokości. Wodospad spada do wąwozu, a marznące kropelki wody tworzą niesamowity
krajobraz.
Na ten dzień nie rezerwowaliśmy noclegu, bo nie wiedzieliśmy dokąd dojedziemy. Wybór padł na hostel Arbot około 15 km od miasta Husavik.
Na miejsce docieramy około godziny 22:00. Hostel leży na uboczu tuż obok drogi nr 85. W środku widzimy pełno rozbawionych turystów.
Gdy odnajdujemy właścicielkę jest trochę zdziwiona naszym pobytem. Negocjacje ceny trochę trwają i gdy decydujemy się na pokój wspólny
dla kilku osób, Właścicielka proponuje nam prywatny pokój za 11 000 koron. Wychodzi 300 zł za noc, ale chcemy się porządnie wyspać,
więc decydujemy się. Będzie to nasz najdroższy nocleg w Islandii, ale hostel jest naprawdę czysty, przestronny i na zupełnym odludziu.