Wiosenna, kolejna odsłona przygód po Europie: 4 dni, 5 krajów, 2928 km samochodem.
Podróż w trzy osoby. Wyjeżdżamy w środę, 29 kwietnia 2015 roku po godzinie 18:00 z okolic Częstochowy.
Do granicy docieramy tuż przed północą, po polskiej stronie jak zwykle szybko i bez problemów. Warto zwrócić uwagę,
że obywatele Polski i zarazem UE mają osobną kolejkę. Po raz drugi w życiu przekraczamy granicę z Ukrainą i taki sam
scenariusz, nasz pas pusty, na drugim kilkanaście aut oczekuje w kolejce. Do odprawy po ukraińskiej stronie jest już
jedna kolejka, ale również wszystko idzie sprawnie. Jednak tutaj panuje już zamieszanie. Najpierw dostajemy kontrolny
talon, na którym jest wpisany nr rejestracyjny auta oraz ilość osób w aucie. Gdy docieramy do budek granicznych
wysiadamy z auta i w jednej pokazujemy paszporty, dowód rejestracyjny oraz talon. Do drugiej podchodzi już sam kierowca
z paszportem, dowodem rejestracyjnym i talonem. Następnie lub w między czasie bez zbytniego zainteresowania jest
sprawdzane wnętrze auta. Na koniec już przy wyjeździe ze strefy granicznej oddajemy talon i możemy jechać dalej.
Droga do Lwowa od przejścia w Korczowej jest w bardzo dobrym stanie, także przejazd jest szybki i komfortowy.
Niestety okazuje się, że obwodnica Lwowa jest zamknięta i musimy jechać przez Lwów. Pamiętamy stan niektórych ulic
we Lwowie, więc tak średnio nam się uśmiecha ten przymus. Z drugiej strony ponownie zobaczymy Lwów.
Tuż za miastem zatrzymujemy się na stacji i tankujemy auto. Cena 3,60 zł za litr. W Polce około złotówki więcej.
Jest godzina 1:15 polskiego czasu, czyli na Ukrainie mamy 2:15.
Czwartek, 30.04 [dzień 1]
Jedziemy drogą H02 do Tarnopola. Sprawdzaliśmy przed wyjazdem stan nawierzchni dróg, ale chwilami całkowity brak drogi
mimo wszystko nas zaskakuje. W skrócie droga w kratę: dobra nawierzchnia, dziury, klepisko. Za Tarnopolem kierujemy się
na M12 do Chmielnicki. W jednej z wielu mijanych miejscowości po drodze zatrzymujemy się na około półtoragodzinną drzemkę.
Budzimy się gdy zaczyna już świtać.

Po godzinie 6:30 docieramy do miejscowości Międzybóż. Zatrzymujemy się na chwilę aby spojrzeć na Zamek Sieniawskich.
Fortyfikacje, które widać z daleka robią na nas wrażenie. Warto wspomnieć, że ta forteca strzegła I Rzeczpospolitej nie raz
broniąc Polski przed Tatarami czy Turkami.


Z Międzyboża jedziemy w stronę granicy z Mołdawią. Mijamy powoli budzące się wioski i miasteczka, a przy okazji obserwujemy
codzienne życie mieszkańców. Widzimy ludzi czekających na przystankach i pierwsze prace w polu. Zwracamy również uwagę,
że wiele płotów lub dekoracji otaczających domy jest pomalowanych w kolorach żółto-niebieskich.

Do granicy docieramy około godziny 8:30. Na odprawę czeka pięć aut. Strażnik krzywi się, że powinniśmy być na Ukrainie
trochę dłużej, a nie tylko przejeżdżać tranzytowo. Opowiada nam o wojnie na wschodzie Ukrainy i o tym, że zginęło już kilku
jego kolegów. Pyta się czy możemy mu dać jakąś monetę z Polski, bo kolekcjonuje monety. Dajemy mu pięciozłotówkę, ale gdy
dowiaduje się, że jest to ponad 1 euro jest trochę zmieszany i chce nam oddać. Pomaga nam przy formalnościach związanych
z odprawą i po kilku minutach przejeżdżamy na drugą stronę mostu. Po stronie Mołdawii największy problem to zakup winiety.
Musieliśmy wymienić walutę, bo winietę można kupić tylko za leje mołdawskie. Koszt winiety to niecałe 70 lei. Przelicznik
to 1 euro - 20 lei, czyli 1 lej to około 20 groszy.

Na początek jedziemy do Soroki (Soroca) aby zobaczyć dzielnicę Cyganów oraz potężną twierdzę obronną. Jest to kolejne
miejsce związane z Polską, bowiem w 1691 roku wojska polskie zajęły twierdzę, która stała się punktem obronnym wojsk
Jana III Sobieskiego. Na obrzeżach miasta znajduje się pomnik świeczka, gdzie możemy podziwiać piękną panoramę rzeki Dniestr.


Zaskakuje nas jakość dróg. Większość dróg, nawet bocznych jest nowa lub wyremontowana. Jest to bardzo miła odmiana po podróży
przez Ukrainę. Pola też jakby bardziej uporządkowane i zadbane.

Docieramy do Saharny, niewielkiej wioski we wschodniej części kraju. Położony w wąskim wąwozie zespół monastyczny jest przez wielu
uważany za jeden z najpiękniejszych w całej Mołdawii. Dla nas kolejna średnia atrakcja tego kraju. Bardziej zachwycają nas widoki
i otaczająca nas przyroda. W pobliskim lasku znajduje się źródełko i mały basen, których woda ma ponoć lecznicze właściwości.
Po ich zobaczeniu stwierdzamy, że nasze dolegliwości będą musiały poczekać do następnej okazji. Po drodze mijamy kolejny pomnik
socjalizmu.


Kolejnym naszym celem jest leżąca na uboczu Tipova, gdzie na malowniczym wzniesieniu przy rzece znajduje się średniowieczny monastyr.
Od monastyru prowadzi malownicza ścieżka. Po około 15 minutach wędrówki naszym oczom ukazują się efektowne kaskady.

Po godzinie 15:00 naszej trójce zaczyna nieźle burczeć w brzuchu. W jednej z mijanych po drodze miejscowości zauważamy bar, gospodę.
W środku styl z połowy naszych lat dziewięćdziesiątych. W Rosji bar wyglądał gorzej, a jedzenie było znakomite. Może tutaj będzie
tak samo, a ceny naprawdę niskie. Zamawiamy zupę i drugie danie. Zupy okazują się być z porządnym gratisem w środku w postaci nogi z kury.
Wygląda to mało apetycznie, ale okazuje się pyszne. Drugie danie podobne do chorwackiego cevapcići czyli takie inne mielone.
Ceny zup od 2 do 4 złotych, a drugich dań od 3 do 5 złotych.

Z pełnymi brzuchami udajemy się w dalszą podróż. Docieramy do Curchi, a konkretnie do kolejnego prawosławnego klasztoru. Jest to
zadbany obiekt oraz całe jego otoczenie. Wywiera na nas duże wrażenie, ale przez to również staje się taki oderwany od rzeczywistości.

Po drodze obserwujemy codzienne życie mieszkańców Mołdawii. Zatrzymujemy się na chwilę aby dać dzieciakom trochę cukierków. Jedni gospodarze
chcą abyśmy chwile zaczekali, po czym dostajemy z ziemianki pyszne jabłka. Co chwile mijamy pasące się krowy, kozy. Wszystko zaczyna się
jakby coraz bardziej zielenić. Tak docieramy do chyba jednej z najlepszych atrakcji - Orhei Vechi czyli do rozległego zabytkowego
zespołu archeologiczno-krajobrazowego. Widoki najlepsze jak do tej pory.



Wieczorem jesteśmy już w Kiszyniowie. Krajobraz zmienia się zupełnie. Nie jest to typowa europejska stolica, ale czuć już wyraźnie
tryb życia dużej miejskiej aglomeracji. Zabytki takie sobie, ale bardzo podoba nam się park w centrum miasta. Ludzie ładnie ubrani,
dzieciaki biegają po parku, dziadki grają w szachy, ale turystów chyba za dużo nie ma. Wchodzimy na chwilę do sklepu i kupujemy
piwa (2 zł), duży chleb (3 zł), dżem (4 zł), ser żółty w plastrach (7 zł). Nocleg mamy zarezerwowany w 3* hotelu, płacimy 600 lei
czyli około 120 złotych za trzy osoby. Hotel okazuje się być w porządku, ale gorzej z jego znalezieniem. Namiar GPS nie do końca jest
dobrze wpisany, a siatka ulic w nawigacji słaba.

Piątek, 01.05 [dzień 2]
Strach jest, ale ostatecznie decydujemy się na wyjazd do Naddniestrza. Auto zostawiamy przed hotelem i autobusem udajemy się w kierunku
dworca. Problem polega na tym, że od razu coś nam nie pasuje kierunek jazdy autobusu. Okazuje się, że autobus jedzie, ale do Gara Auto
sud, a my powinniśmy jechać do Gara Auto centru. Czas ucieka, więc komunikacji miejskiej dziękujemy i wsiadamy w taksówkę. Kierowca
bardzo dobrze zna angielski. Okazuje się, że pracował w Wielkiej Brytanii z Polakami. Ceny nie pamiętamy, ale wyszło niewiele drożej
niż cena biletów.
Na dworcu zaczepia nas facet i pyta się czy do Tyraspolu. Proponuje cenę 50 lei od osoby. Okazuje się, że pojedziemy autem na
naddniestrzańskich numerach, a za przednią szybą wisi rosyjska flaga. Po drodze łamanym rosyjskim i polskim kierowca niestety wypytuje się
o UE i USA. Pyta się co sądzimy o amerykanach. Odpowiadamy, że naszym zdaniem to średnio inteligentni ludzie, a UE to nie jest nic dobrego.
Kierowca i dwaj inni towarzysze podróży są zakochani w Naddniestrzu. Co chwila chwalą swój pseudo kraj.
Na granicy niespodzianka. Tyle czytaliśmy o łapówkach rzędu setek dolarów, o broni przystawianej do głowy, o niekończących się formalnościach.
Nic z tych rzeczy, przynajmniej teraz. Celnik po otrzymaniu paszportu, pyta o cel wizyty, drukuje już uzupełniony kwit i uprzejmie informuje
o przysługującym nam czasie pobytu.

Wysiadamy na głównej ulicy Tyraspola, także największe atrakcje miasta mamy pod nosem. W mieście przeplatają się miejsca ładne i zadbane
z miejscami, które wyglądają jak stara wioska na uboczu. Czujemy się swobodnie, nikt na nas nie zwraca uwagi oraz nie spotykamy się
z jakimkolwiek natręctwem czy agresją, czego nie można powiedzieć o niektórych dużych miastach w Europie zachodniej. Z głównej ulicy
przemieszczamy się powoli w stronę dworca, z którego odjeżdżają autobusy do Kiszyniowa. Za bilety płacimy po 65 lei. Na granicy ponownie
szybko i bez problemów.


Z Kiszyniowa wyjeżdżamy około godziny 15:00. Tankujemy jeszcze paliwo, około 3,30 zł litr diesla (w Polsce około 4,60 zł).
Po drodze co trochę ukazują nam się ładne widoki. Zmierzamy w stronę Komratu czyli rejonu Gagauzji, a konkretnie Autonomia Gagauska.


W wielu opisach możemy przeczytać, że jest to najbiedniejszy zakątek w Europie. Jednak samo centrum Komratu to bardzo ładne i zadbane miejsce.
Dodatkową atrakcją okazuje się fakt, że trafiamy na ślub. W porównaniu z naszą tradycją to cała ceremonia wygląda dość dziwnie.


Przed wyjazdem robimy jeszcze zakupy. Kupujemy oczywiście mołdawskie wina, parę butelek piwa i dla znajomych papierosy, których paczka kosztuje
od 2 do 5 złotych w zależności od marki. Ciekawe tylko co powiedzą na granicy. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w pizzerii. Za dużą pizzę
cztery sery, która wystarczy dla trzech osób płacimy 15 złotych. Do przejścia granicznego z Rumunią - Vama Albita, docieramy o godzinie 20:00.
Co ciekawe naszymi papierosami zainteresował się celnik mołdawski, a nie rumuński. Zabiera nam parę paczek papierosów. Alkohol zostaje nie tknięty.
Nocleg zaplanowaliśmy w okolicach Jassy (Iasi). Tracimy dużo czasu błądząc po okolicach dziurawymi drogami. Okazuje się, że jeden z noclegów, który
wyszukaliśmy jest po drugiej stronie rzeki czyli na terytorium Mołdawii. W końcu przez internet rezerwujemy nocleg na przedmieściach Jassy
(kategoria niby 3*), komfort i czystość okazuje się na naprawdę dobrym poziomie. Płacimy 40 euro za trzy osoby.
Koniec części pierwszej.
|