Część druga:
Sobota, 02.05 [dzień 3]
Rano zaczynamy od zwiedzania Iasi (Jassy). Najbardziej wyjątkowym budynkiem jest ogromny Pałac Kultury, który został wybudowany
dopiero w 1925 roku. Jest to najbardziej rozpoznawalny budynek i główny punkt miasta. Wokół Pałacu Kultury skupione są restauracje,
centra handlowe, hotele, a także inne ciekawe zabytki tego miasta. Na deptaku kupujemy w piekarni/cukierni poranne wypieki.
Przed dalszą podróżą wchodzimy jeszcze do jednego z marketów. Zaskakuje nas widok polskich piw, m.in. Karpackie Pils w puszcze za
1,63 lei. Przelicznik leja do złotego jest mniej więcej 1:1.


Pogoda po drodze zaczyna coraz bardziej marudzić, a gdy docieramy do Targu Neamt zaczyna padać. Tutaj znajdują się ruiny twierdzy
i kolejne miejsce związane z Polską. W latach 1691-1699 stacjonowały tutaj wojska Jana III Sobieskiego. Za wejście na zamek pobierana
jest niewielka opłata. W środku znajdziemy wiele aranżacji z dawnego życia w zamku.


15 km dalej znajdują się dwa ładne monastyry. Jeden to kolorowy - Neamt, a drugi to Neamtului - jeden z najstarszych i najwspanialszych
klasztorów rumuńskich. W Neamtului znajduje się trumna z dziurą w szybie dzięki, której przez płótno możemy dotknąć głowy jakiegoś świętego.
Mimo tego warto wejść do środka i podziwiać wnętrza.

W porze obiadowej trafiamy nad jezioro Bicaz (Izvorul Muntelui). Zbiornik jest jednym z większych jezior zaporowych w rumuńskich Karpatach.
Niestety znowu nam szczęście nie dopisuje, bo w jeziorze nie ma zbyt dużo wody, co psuje cały efekt. Za to udaje nam się znaleźć dobrą
restaurację, w której próbujemy m.in. popularną mamałygę. Jest to gęsta kasza kukurydziana, przyrządzana na mnóstwo sposobów.

W drodze do następnej atrakcji trafiamy do ciekawego miejsca, które wygląda na opuszczoną kopalnię. Bloki, domy i inne budynki w okolicy
również stoją opuszczone. Dla ciekawskich hasło w wyszukiwarce: "tarnita suceava". GPS: 47°21'25.5"N 25°42'49.3"E


Woroniec (Voronet) przyciąga licznych turystów średniowiecznym monastyrem. Wewnątrz monastyru namalowane są ładne freski, dzięki którym
znalazł się na liście UNESCO. Niestety nie wolno robić zdjęć wnętrza.

Parę kilometrów dalej znajduje się kolejny monastyr Moldovita. Jest to obronny monastyr z malowaną cerkwią, której malowidła są w dużo
lepszym stanie niż w Voronet. Dlatego nam się bardziej podoba, a jest mniej popularny.

Przed nami około 180 km drogi do następnego punktu (Barsana), a jest już po godzinie 19:00. Zapada więc decyzja, że jedziemy do zmroku
i wtedy poszukamy noclegu. Najpierw jedziemy drogą nr 17, która jest w bardzo dobrym stanie. Gdy skręcamy w drogę nr 18, chwilami jest
gorzej niż na Ukrainie. Przez chwilę rozważamy opcję zawrócenia się. Zmrok zastaje nas na przełęczy Prislop (1413 metrów). Dodatkowo
pojawia się śnieg i nowe opady. Niestety coś w rodzaju schroniska jest zamknięte i musimy jechać dalej w dół.
Tuż przed miasteczkiem Statiunea Borsa wpadamy w dziurę i obie opony po lewej stronie zostają przecięte. W tym nieszczęściu tyle
szczęścia, że staje się to kilkaset metrów przed miasteczkiem, a na początku znajduje się wulkanizacja. Zanim udaje nam się właściciela
ściągnąć z mieszkania na górze, mija około pół godziny. Akurat ma jakieś stare opony R17/225/45. Za usługę mówi 15 euro, ale okazuje się,
że myli liczebniki i chce 50 euro. Trochę kręcimy nosem, ale w sumie ma rację: noc, prawie niedziela i duże opony. Mamy tylko nadzieję,
że dojedziemy na nich do Polski. Nasza głupota, że na taką podróż nie zostawiliśmy z zimy felg stalowych z oponami R16. Być może nawet
by przetrwały spotkanie z taką dziurą.
W dole miasteczka znajdujemy nocleg coś w stylu naszych pensjonatów nad morzem. Warunki i czystość w porządku. Cena 60 lei za trzy osoby.
Pytamy się gospodarzy czy może być 20 euro, bo nie mamy już lei. Pytają się nas ile to jest. Odpowiadamy, że ponad 80 lei. W tym
momencie następuje jeszcze większy entuzjazm. Gospodarz nawet zaprasza nas na kielicha, ale wolimy grzecznie odmówić. Dość atrakcji.
Przy piwie złość i stres o stan auta trochę opada.
Niedziela, 03.05 [dzień 4]
Rano oglądamy auto. Powietrze jest i innych uszkodzeń nie widać. Ruszamy w drogę, pogoda poprawia się i odsłaniają się ładne widoki.
Na szczęście droga również poprawia się. W niektórych mijanych wioskach mamy wrażenie, że czas biegnie dużo wolniej.


O godzinie 9:15 docieramy do wspomnianej Barsany gdzie znajduje się zespół cerkwi zabytkowych. Cały kompleks jest pięknie utrzymany.
Prawie wszystkie elementy są z drewna, które jest dodatkowo rzeźbione. Charakterystyczne wysokie wieże zdają się idealnie komponować
w otaczającą przyrodę. Miejsce wywiera na nas ogromne wrażenie. Dobrze, że jesteśmy tutaj rano, bo pewnie później zjeżdża się tutaj
pełno turystów.

Tak docieramy do ostatniego miejsca w Rumunii - Sapanta, gdzie znajduje się Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel). Obecnie na terenie
cmentarza znajduje się ponad 800 nagrobków i jest to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Rumunii.
Wyjątkowości cmentarzowi nadają unikalne kolorowe, drewniane nagrobki, na których wyrzeźbione są sceny z życia zmarłych lub
sceny w jaki sposób umarli. Poniżej znajdują się opisy lub humorystyczne wierszyki o tym jak zmarły pożegnał się z życiem.

Powoli wyjeżdżamy z Rumunii. Żegnają nas bujne lasy i potężne, zdobione bramy w mijanych wioskach. Dwa lata wcześniej zwiedzaliśmy
środkową Rumunię. Oba te regiony są równie piękne i zarazem różne od siebie.

Do przejścia granicznego z Węgrami docieramy przed godziną 13:00. Odprawa trwa około 5 minut. Cofamy zegarek na czas obowiązujący
m.in. w Polsce i mamy godzinę 12:00. Przez chwile zastanawiamy się czy jechać na baseny, ale ostatecznie rezygnujemy z tego pomysłu.
Czar goryczy samochodowej dopełnia kamyk spod ciężarówki, który powoduje duży odprysk na przedniej szybie. Na szczęście w Polsce
udaje się go naprawić. Pamiętając o cenach i jakości win węgierskich planujemy małe zakupy. Jednak okazuje się, że na Węgrzech
weszły nowe przepisy i w niedziele sklepy są zamknięte. Zatrzymujemy się na obiad w restauracji. Każdy z nas zamawia gulasz za
850 forint czyli około 11 złotych. Do Słowacji wjeżdżamy małym mostkiem w miasteczku Pacin. Witają nas piękne pola rzepaku.

Do Koszyc docieramy o godzinie 16:00. Miasto położone jest w górzystym terenie, drugie co do wielkości miasto Słowacji. Nad miastem
góruje zdobiona Katedra. Centrum miasta to urokliwe ulice i fontanny, gdzie warto wybrać się na spacer. Na chwilę siadamy w jednej
z kawiarni i nabieramy sił przed dalszą podróżą.


Po godzinie 23:00 docieramy do domu. Koniec podróży po krajach wschodu. Statystyka to 2928 km, średnia prędkość ku naszemu zdziwieniu
to 62 km/h, spalanie 5,1 l/100 km. Po szczegółowym sprawdzeniu auta o dziwo brak jakichkolwiek uszkodzeń. Jedyne koszty to zakup
nowych opon i sklejenie, zalanie odprysku na przedniej szybie.
Cała wycieczka bardzo nam się podoba. Szczególnie Mołdawia, która okazuje się bardzo przyjaznym i ciekawym krajem mimo
braku szczególnych zabytków. Naszym zdaniem niewielka liczba turystów sprawia, że jest przez to jeszcze bardziej atrakcyjna oraz
możemy odkryć tutaj ciekawe prawie nie odkryte zakątki. Dziękujemy Ewie Kierach z Częstochowy za wspólną podróż.
|