Rekordowa wycieczka po Europie, w 19 dni pokonaliśmy 10'017 kilometrów. Przez alpejskie szczyty Szwajcarii,
senne miasteczka Francji i zachodnie wybrzeże Hiszpanii oraz Portugalię dotarliśmy aż do Gibraltaru i Maroka.
Powrót przez skaliste wybrzeże Morza Śródziemnego Francji i Włoch, aby dotrzeć do naszej ulubionej Chorwacji.
Podróż obmyślana i planowana dużo wcześniej. Jadą z nami nasi rodzice czyli podróż w cztery osoby. Trochę
się obawiamy, ale oni chyba jeszcze bardziej. Dotychczas kilka wyjazdów
na wspólne wczasy było strzałem w dziesiątkę i teraz mamy nadzieję, że również tak będzie. Jedziemy Golfem V
hatchback w wersji 3-drzwiowej czyli za wygodnie nie będzie, a dodatkowo bagaż trzeba ograniczyć do minimum.
Wiele miejsc uzależnionych jest od pogody, ale ta na szczęście spisuje się doskonale, no może prawie.
Wyjeżdżamy w środę, 3 czerwca 2015 roku po godzinie 18:00 z okolic Częstochowy. Droga to A1, dalej czeską D1.
W Czechach przerwa na małe zakupy. W Austrii zakup od razu dwóch winietek - druga na powrót. W okolicach Linz
zmaga nas sen, więc zatrzymujemy się na postój.
Czwartek, 04.06 [dzień 1]
Gdy zaczyna świtać przebudzamy się, a dalsza podróż mija w scenerii gór i jezior. Do Salzburga docieramy przed
godziną 7:00. Centralnym zabytkiem miasta jest monumentalna, górująca nad miastem twierdza Hohensalzburg, co
oznacza Wysoki Salzburg. W mieście urodził się i mieszkał Wolfgang Amadeusz Mozart o czym świadczy wiele miejsc.
Zwiedzanie kończymy w bajkowych ogrodach Mirabell.
Następnie odwiedzamy położone około 140 km dalej Monachium - stolica Bawarii, nazywane często drugą stolicą Niemiec.
Auto zostawiamy na parkingu i metrem dostajemy się do centrum. Jest Boże Ciało, ulicami idzie procesja i wszędzie
jest pełno ludzi. Przez dający się we znaki upał przeszliśmy tylko wokół największych atrakcji Monachium. Chwilę
odpoczywamy w parku przy fontannach.
Wyjazd z Monachium irytuje nas, remonty i co chwila korki, które na szczęście szybko się kończą. Zjeżdżamy z
autostrady. Pojawiają się zielone łąki i pokryte lasem góry. Na niebie pełno kolorowych punkcików, to paralotnie.
Zazdrościmy, pewnie widoki mają wspaniałe. Docieramy do bajkowego zamku Neuschwanstein, położony w Alpach, to jeden
z najczęściej fotografowanych obiektów w Niemczech. Niedaleko zamku znajduje się most Marienbruecke, z którego
rozpościera się najlepszy widok na Neuschwanstein. Schładzamy się mocząc nogi w Alpsee, a potem w cieniu pijemy lane.
Na obiad nie mamy ochoty. Na parkingu przekąski zabrane z domu i ruszamy w dalszą drogę.

Kierunek: Szwajcaria. Cały czas towarzyszą nam górskie krajobrazy. Chwilowo ponownie jedziemy przez Austrię.
Tuż przed wjazdem na szwajcarską autostradę kupujemy winietę, która niezmiennie od kilku lat kosztuje 40 franków.
Winieta ważna jest na cały rok. Nie ma innych. Szwajcarskie góry wręcz przytłaczają swymi rozmiarami.
Zatrzymujemy się na chwilę przy jeziorze Walensee. Docierając do Lucerny najpierw kierujemy się nad jezioro
Czterech Kantonów. Dzień żegna nas ładnym zachodem słońca.
Zadecydowaliśmy przed wyjazdem, że noclegi będziemy rezerwować z dnia na dzień, bo przecież nie wiemy dokąd
dojedziemy i gdzie pośle nas pogoda. Wykupiliśmy pakiet internetu ue, który podczas całej podróży kilka razy
nam się przydał. Dzisiejsze spanie rezerwowaliśmy gdzieś na autostradzie w Niemczech. Skusiła nas cena, samo centrum
i parking. Owszem przeczytaliśmy, że to były areszt, ale nie spojrzeliśmy na zdjęcia, a pokoje to prawdziwe cele
z pryczami. Atrakcja może i fajna, ale przy dużym zmęczeniu trochę nas przeraża spanie w malutkiej celi.
Z tego wszystkiego zapominamy o robieniu zdjęć. Długi spacer po centrum, po piwku i kładziemy się spać.
Za "pokój" czteroosobowy płacimy 150 franków (585 zł). Jest to cena promocyjna, normalnie 240 franków.
Nazwa hotelu: Jail Hotel Luzern.
Piątek, 05.06 [dzień 2]
Rano rezerwujemy kolejny nocleg, tym razem dokładniej sprawdzamy. Na początek zatrzymujemy się w miasteczku Iseltwald
nad jeziorem Brienzersee, a potem w Interlaken.
Decydujemy się na wjazd kolejką na Harder Kulm. Za bilet w dwie strony płacimy po 30 franków od osoby.
Na szczycie obok restauracji jest platforma widokowa o nazwie Most Dwóch Jezior, która wychodzi 17 metrów w głąb doliny
gwarantując niezapomniane widoki na alpejskie szczyty oraz jeziora Thunersee i Brienzersee. W restauracji serwują
dobre lane piwo po 5 franków. Na spodzie kufla zamarznięte jest trochę wody co daje przede wszystkim niezły efekt wizualny.

Wyjeżdżając z miasta zatrzymujemy się jeszcze na chwile w urokliwym miejscu - pustelnia o nazwie St. Beatus Caves.
Nie decydujemy się na wejście do środka, bo najładniej wygląda z zewnątrz, a bilet kosztuje 18 franków.
Dalej w pięknej scenerii przypominającej wędrówki po dolinach w naszych Tatrach docieramy do Trummelbach.
Jest to seria malowniczych wodospadów w Alpach Berneńskich. Dla turystów przygotowane są tutaj liczne
podziemne oświetlone tunele, w których można obserwować spadające z okolicznych lodowców kaskady wodne.
Bilet kosztuje 11 franków. Warto zabrać ciepłe ubranie. Nam się miejsce podoba, ale ciężko zrobić ładne zdjęcia.
O godzinie 13:00 docieramy do miasteczka Brienz. Cel: Brienz Rothorn Bahn - jedyna kolejka zębata w Szwajcarii,
której pociągi nadal są prowadzone przez lokomotywy parowe. Początkowo planowaliśmy przyjechać tutaj na następny dzień,
ale ostatecznie zmieniamy plany. Jest to istotne, bo do 5 czerwca kolejka jeździ tylko do stacji pośredniej,
a nie na samą górę. Mimo to widoki i sam przejazd bardzo nam się podoba. Tory biegną najpierw wśród domów, potem lasem
z kilkoma tunelami, a na końcu odsłaniają nam się bajkowe polany i widoki na alpejskie szczyty i turkusowe jezioro.
Na górze siadamy chwilę w restauracji na wolnym powietrzu w cieniu i popijamy zimne lane.
Bilety miały kosztować po 55 franków, ale trafiamy na promocje i płacimy po 34,50 franków.

Przed wieczorem musimy dostać się w okolice Zermatt. Mamy dużo czasu, więc decydujemy się na okrężny przejazd.
Jedziemy na przełęcz Susten Pass - na wysokości 2262 metrów, jedna z ulubionych szwajcarskich dróg wśród motocyklistów.
Widoki ładne, co chwila zatrzymujemy się, a na górze czeka na nas pełno śniegu. Chwilę rzucamy się śnieżkami i jedziemy
dalej. Ładniejszy fragment drogi jest od Innertkirchen do przełęczy. Zjazd do Wassen już jest mniej malowniczy.
W Wassen okazuje się, że droga do Hospental jest zamknięta. Musimy jechać tunelem Świętego Gotarda o długości 16,9 km.
Za tunelem w Airolo zjeżdżamy na drogę w stronę Hospental, gdzie tuż za tą miejscowością, a dokładnie w Realp
zaczyna się najpopularniejsza przełęcz w Szwajcarii - Furka Pass. Położona jest na wysokości 2436 metrów.
Na przełęczy kręcono niektóre ze scen filmu 007 - Goldfinger. Szczerze, spodziewaliśmy się trochę bardziej
spektakularnych widoków. Może nie na ta pora roku, albo od złej strony wjechaliśmy. Przed wyjazdem warto sprawdzić
czy dana droga jest otwarta. Strona: alpen-paesse.ch.
Na nocleg wybraliśmy miejscowość Randa, do której docieramy po godzinie 20:00. Za dwa pokoje płacimy w sumie 145 franków
(565 zł). Nazwa hotelu: Matterhorn Golf Hotel. Położony w pięknej górskiej scenerii, pokoje duże z dużym tarasem,
gdzie do późnego wieczora siedzimy i popijamy czeskie piwo. Minus to, że właściciel najpierw chce ściągnąć płatność w euro,
a Szwajcarzy chyba zawsze stosują przelicznik 1:1 euro do franka. W restauracjach jest podobnie, piwo kosztuje 5 franków
albo 5 euro.
Sobota, 06.06 [dzień 3]
Rano jedziemy do Tasch, skąd pociągiem ruszamy do Zermatt. Bilet kosztuje 16,40 franków w dwie strony, a za parking
musimy zapłacić 10,50 franka. Początkowo rozważaliśmy opcje aby od razu jechać pociągiem z miasteczka Randa, ale cena
okazała się bardzo wysoka. W Tasch są też prywatne parkingi oraz kursują busiki - ceny konkurencyjne do pociągów.
Jest jednak dość wcześnie, a nam zależy żeby jak najszybciej dostać się do Zermatt, póki jest ładna pogoda i nie ma
masy turystów.
W Zermatt chwilę się zastanawiamy co dalej. Wybór pada na kolej linową na Klein Matterhorn, a jak starczy sił to
może jeszcze kolej zębata na Gornergrat. Musimy przejść przez prawie całe miasteczko aby dostać się do pierwszej stacji.
Kolejka zaczyna kursować od 8:30, na szczęście ludzi niewiele i mało kto decyduje się na zakup biletu na samą górę.
Cena drastyczna, 100 franków od osoby, ale ten jeden raz. Kolej na Klein Matterhorn to najwyżej położona kolejka górska
w Europie, której górna stacja znajduje się na wysokości 3820 metrów. Taras widokowy to obłędna wysokość 3883 metrów co
czyni go również naj położonym tarasem widokowym w Europie. Widoki szybko sprawiają, że zapominamy o cenie biletów.


Na górze znajduje się również pałac lodowy, który jest położony 15 metrów pod powierzchnią lodowca. Zwiedzanie jest darmowe,
a przeróżne rzeźby robią wrażanie. Problemem okazują się ubrania, trochę marzniemy. Do tego dochodzi duża wysokość co
powoduje, że ciężko się oddycha. Czekając na powrotny wagonik mijamy się z bardzo dużą grupą, która przybyła do góry.
Jak dobrze rano wstać.
Na dole już wiemy, że nie wybierzemy się kolejką zębatą na Gornergrat. Zawód jest, ale może jeszcze będzie okazja.
Kolejka do kasy jest długa, a dodatkowo zniechęca nas widok jak i ile ludzi wsiada do wagonika. W ogóle miasteczko zmieniło
się nie do poznania z tego sennego porannego, które powitało nas rano. To nie dla nas i wsiadamy w pociąg.
Kierujemy się autostradą do Martigny. Po drodze zatrzymujemy się, ale upał jest nieznośny i szybko wsiadamy z powrotem do auta.
Następnie górską drogą docieramy do Chamonix-Mont-Blanc. W planach mieliśmy jeszcze La Salette, ale ostatecznie rezygnujemy.
Cel: Lyon, do którego docieramy o godzinie 17:00. Słońce pali niemiłosiernie i po godzinie stwierdzamy, że jedziemy dalej.
W drodze rezerwujemy nocleg. Pada na ibis w Brive-la-Gaillarde, do którego docieramy około godziny 21:30. Pokój czteroosobowy
za 62 euro (265 zł). Trochę ciasno, ale pokój świeży i nowy, a cena w końcu nie powoduje sterczenia włosów. Dokładna nazwa
to: ibis budget Brive La Gaillarde.
Niedziela, 07.06 [dzień 4]
Około godziny 9:30, po półtoragodzinnej drodze, docieramy do klimatycznego, położonego na dwóch malowniczych wzgórzach miasteczka
Saint-Emilion. Głównym zajęciem prawie wszystkich jego mieszkańców jest uprawa winorośli oraz produkcja wybornego wina.
Dotychczas Bordeaux kojarzyło nam się z winem. Okazuje się, że w mieście jest około 350 zabytków, a historycznie Bordeaux jest
światową perełką wpisaną na listę UNESCO. Auto zostawiamy na parkingu miejskim przy rzece Garonna. Na drugą stronę rzeki
przejeżdżamy tramwajem przez most Pont de Pierre. Dalej pieszo przechadzamy się obok gotyckiej katedry św. Andrzeja
(Cathedral Saint-Andre) oraz reprezentacyjnych placów: Place de la Comedie, Place des Quinconces. Tak docieramy do
najpiękniejszego placu z pałacem Bordeaux Palais de la Bourse.
W porze obiadowej, a raczej już po porze obiadowej docieramy do małego miasteczka Labastide-d'Armagnac. Chcemy zjeść obiad
ale wszystkie stoliki na rynku są zajęte, a poza tym miła Pani informuje nas, że pora obiadowa minęła i ponownie otworzą wieczorem.
W miasteczku bardzo urokliwy jest wspomniany rynek/plac, dlatego warto na chwilę zatrzymać się w tym miejscu.
Jest to chyba najbardziej malownicze miejsce jakie zobaczyliśmy w całej Francji.
Popołudniu docieramy do Lourdes, jednego z największych na świecie ośrodków kultu maryjnego. Według nauki Kościoła
rzymskokatolickiego w dniu 11 lutego 1858 r. przy jaskini 14-letniej dziewczynce objawiła się Matka Boża.
Miejsce bardzo tłoczne, ale trudno się dziwić - jest niedziela, a poza tym Lourdes odwiedzany jest rocznie przez ponad
6 milionów osób.
Zachód słońca oglądamy już nad oceanem, a dokładnie w leżącym blisko granicy z Hiszpanią - Biarritz. Jest to najpopularniejszy
kurort Francji na zachodnim wybrzeżu. Ponoć można tutaj spotkać milionerów i sławnych artystów. My chyba mamy pecha. Dla nas
jest to miejsce kolejnego noclegu i jak pogoda pozwoli to na następny dzień będziemy plażować. Wybieramy 4* Hotel Le Bayonne.
Za dwa osobne pokoje płacimy w sumie 80 euro (340 złotych). Do tego mamy darmowy, zamykany parking.
Poniedziałek, 08.06 [dzień 5]
Rano wyjeżdżamy na plażę w okolicach pobliskiego Ondres. Plaża piękna i szeroka, a w dodatku duże zaplecze gastronomiczne.
W planach chcieliśmy zostać na plaży do wieczora, ale to tylko plany. Upały odeszły w zapomnienie. Słońce świeci tylko przez
15 minut, a potem zaczyna mocno wiać, chmurzyć się i przelotnie padać. Szybka decyzja i jedziemy dalej.
Docieramy do oddalonego o około 70 km San Sebastian. Hiszpania wita nas pięknym słońcem. Postanawiamy skorzystać z tej
gościnności i rozkładamy się na miejskiej plaży. Jest słonecznie, ale nie jest gorąco. Na plaży siedzimy w koszulkach,
a do wody wchodzimy tylko do kostek, bo woda również nie powala temperaturą. Z pobliskiego wzgórza roztacza się ładna
panorama na plażę i miasto.
Kolejny punkt to Bilbao, które jest największym miastem Kraju Basków. Najpierw podziwiamy panoramę miasta, a później
udajemy się pod słynne Muzeum Guggenheima. Jest to najbardziej charakterystyczny obiekt w Bilbao. Muzeum nie jest słynne
ze względu na eksponaty czy wystawy tylko z powodu wyglądu budynku, który niby uważany jest za najpiękniejszy na świecie.
Na koniec wpisany na listę UNESCO Most Biskajski. Jest to most gondolowy ponad ujściem rzeki Nervion. W planach mieliśmy
tylko go zobaczyć, ale okazuje się, że musielibyśmy nadrobić sporo drogi. Tym sposobem jesteśmy zmuszeni przeprawić się
mostem na drugą stronę. Ceny biletów: auto - 1,55 euro, osoba - 0,40 euro.

Jedziemy w kierunku małego miasteczka Rinlo oddalonego o około 400 km. Za Bilbao pogoda znowu zaczyna szwankować.
Gdy zatrzymujemy się na chwilę na parkingu, marzniemy. Tradycyjnie gdzieś po drodze rezerwujemy nocleg.
Obok wspomnianego Rinlo znajduje się Playa de las Catedrales co w tłumaczeniu na polski oznacza plaża katedr.
Nazwa pochodzi od charakterystycznych formacji skalnych powstałych wyniku działania słonej wody i wiatru.
My niestety lub stety doświadczamy tego działania na własnej skórze. Miejsce odnajdujemy przypadkiem podczas
planowania trasy i przeglądania zdjęć. W pogodne dni miejsce chyba prezentuje się trochę lepiej.
Półtorej kilometra od plaży katedr zarezerwowany mamy nocleg. Płacimy w sumie 70 euro (300 złotych) za dwa pokoje. Na dole
znajduje się restauracja, a pokoje na piętrze. Standard pokoi w porządku, duże i czyste. Nazwa hotelu/motelu: O Lar de Carmina.
Wtorek, 09.06 [dzień 6]
Wyjeżdżamy o godzinie 7:00. Cel: Vigo na zachodnim wybrzeżu Hiszpanii, a dokładnie pobliskie wyspy Cies.
Na parking w porcie docieramy dużo przed czasem. Auto wstawia się do windy, a dalej znika gdzieś głęboko pod ziemią.
Niezbyt to tania przyjemność, popołudniu gdy odbieramy auto, płacimy ponad 14 euro.
Na wyspy odpływamy pierwszym statkiem, o godzinie 10:45. Bilety miały kosztować po 18,50 euro. Jednak na miejscu okazuje
się, że jest dość duża konkurencja i praktycznie każdy oferuje bilety po 10 euro. Decydujemy się ostatecznie
na "oficjalnego" przewoźnika Mar de Ons, bo też ma promocyjne bilety po dyszce. Rejs trwa około 40 minut.
Powrotny rejs o godzinie 17:00.
Wyspy Cies są ogólnie mało znane. W ulotkach reklamowych możemy m.in. przeczytać, że wyglądem przypominają Karaiby,
zwane są Wyspami Bogów oraz, że The Guardian uznał znajdującą się na wyspach plażę za najlepszą na świecie.
Fajnie, kolejna z kolei naj plaża do kolekcji. Wysypy są rezerwatem przyrody dobrze zadbanym i utrzymanym.
Porządek i zasady przebywania są ściśle określone - warto zapoznać się z regulaminem.
Obraz trochę psuje kemping oraz restauracja i market. Same wyspy są faktycznie ładne, a uroku dodaje im gęsty las.
Na jednym wzgórzu jest ładny widok na wyspę, a z drugiego wzgórza z latarnią morską możemy podziwiać
sąsiednie wyspy. Plaż i zatoczek jest bardzo dużo, niektóre przy odrobinie szczęścia można mieć tylko dla siebie.
Woda zimna, ale udaje się zaliczyć pierwsze kąpanie.

Z Vigo do granicy z Portugalią jest już tylko około 30 km. Czas cofamy o godzinę wstecz. Największym problem
okazuje się ogarnąć system płatności za drogi, który jest najbardziej skomplikowany w całej Europie.
Sieć autostrad jest bardzo gęsta. Czasami równolegle biegną dwie lub nawet trzy autostrady.
Rozróżnia się dwa typy autostrad: z bramkami do poboru opłat oraz elektroniczny pobór opłat, gdzie trzeba się
specjalnie zarejestrować. Pierwszy z nich: mamy pasy "VIA VERDE", którymi przejeżdżają auta ze specjalnymi
urządzeniami oraz pas "VIA MANUAL" gdzie możemy płacić gotówką lub kartą kredytową. Drugi to ze znakiem:
"electronic toll only", tutaj opłata pobierana jest automatycznie za dany odcinek drogi. Musimy najpierw
podjechać do specjalnej bramki gdzie odczytywany jest nasz nr rejestracyjny oraz rejestrujemy naszą kartę kredytową.
Rejestrujemy się tylko jeden raz na cały kraj. Dalej już opłaty pobierane są automatycznie, po przejechaniu danej bramki.
Bramka do rejestracji auta i karty wygląda tak: KLIKNIJ TUTAJ
Informacje o opłatach na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych: KLIKNIJ TUTAJ
Porto to pierwsze miejsce, które odwiedzamy w Portugalii. Niestety nie jest nam dane w pełni zobaczyć jego piękna.
Z jednej strony zamknięta droga, z drugiej impreza w centrum. Udaje nam się tylko zobaczyć most Luis I Bridge
oraz zachód słońca nad oceanem. Na deptaku przy oceanie jest pełno restauracji, kawiarni i miejsc gdzie można odpocząć.
Nocleg rezerwujemy w oddalonym o 75 km Aveiro. Po drodze udaje nam się jeszcze zrobić zakupy. Cena okazyjna 45 euro (190 złotych).
Starsze wyposażenie, ale raczej czysto i przestronnie. Dwie osobne sypialnie i duża kuchnia. Balkon miał być
z widokiem na miasto, a okazało się, że nie widać z niego nic oprócz nieba. Wi-Fi działa bez zarzutów. Parking przy ulicy
i chyba cudem czeka na nas ostatnie miejsce parkingowe. Nazwa to: Martins Apartments.
Koniec części pierwszej.
|