Część druga:
Środa, 10.06 [dzień 7]
Już o godzinie 7:30 meldujemy się w centrum Aveiro, nazywanego Wenecją Portugalii za sprawą licznych
kanałów. Wstępujemy do piekarni/cukierni i kupujemy na śniadanie pyszne wszelakiego rodzaju bułki.
Dzień nie przywitał nas ładną pogodą, a im jedziemy dalej tym gorzej i zaczyna padać deszcz.
Tuż przed Fatimą nagle chmury znikają całkowicie, cud. Kolejny szok przeżywamy gdy zjeżdżamy
z autostrady i widzimy dosłownie setki autokarów i aut próbujących dostać się na parkingi.
Coś musi się dzisiaj dziać, bo to nie możliwe żeby przyjeżdżało tutaj tyle ludzi. Okazuje się,
że 10 czerwca to narodowe święto i zarazem dzień wolny od pracy. Gdy docieramy na plac przed
Sanktuarium okazuje się, że jest remont, a dodatkowo trwają przygotowania do dzisiejszego
święta. Mimo wszystko dobrze widać ogromną neobarokową bazylikę z 65-metrową wieżą. Gdy
wyjeżdżamy mamy wrażanie, że najazd na Fatimę przybiera na sile, a wiele osób na parkingach,
wśród drzew urządza prawdziwe pikniki. 20 km dalej znajduje się wpisany na listę UNESCO, duży
klasztor Dominikanów - Batalha. Tutaj dla odmiany prawdziwe pustki i spokój.
Rozważaliśmy jeszcze wizytę w miasteczkach Tomar oraz Alcobaca, ale ostatecznie rezygnujemy.
Około godziny 13:00 na jednym z parkingów autostradowych zatrzymujemy się bo mamy chwilowy
problem z nawigacją. Mieliśmy stracha, że jak w 2012 roku resztę trasy będziemy musieli
przejechać z mapą. Miejsca postojowe fajnie zadaszone.
Parę minut później docieramy do jednej z wizytówek Portugalii. Miasteczko o nazwie Sintra,
może pochwalić się 5 zamkami i aż 10 pałacami. Otoczenie to liczne wzgórza i lasy.
Nam najbardziej spodobał się Quinta da Regaleira czyli 4 hektarowy park.
Obiad jemy w samym centrum miasteczka, przy Palacio Nacional, którego dwie wieże to
charakterystyczne stożkowate kopuły. Ceny dań obiadowych przystępne, 7-12 euro.

Dalej dojeżdżamy do przylądku Cabo da Roca, czyli najdalej wysunięty na zachód punkt
stałego lądu Europy. Klif ma wysokość 140 metrów nad poziomem oceanu. Miejsce to
prawdziwy cud natury, spektakl wiatru i fal morskich. Kilometr w prawo, na północ
znajduje się ładna plaża - Praia da Ursa. Aby dostać się do niej trzeba, skręcić
w ścieżkę około 700 metrów przed parkingiem (GPS: 38°46'59.4"N 9°29'14.9"W).
Na parkingu widzimy dwa auta z polskimi tablicami rejestracyjnymi. Jednym przyjechała
rodzina, a drugim dwie koleżanki. Chwila uprzejmości, niedowierzania i jedziemy dalej.
Wieczorem docieramy do Lizbony, której niektóre ulice w starej części miasta opanowane
są przez mieszkańców. Rozstawione stoły, zwisające ozdoby, grillowanie, muzyka, w skrócie
imprezowanie na całego. My po kolei zwiedzamy: Wieżę Betlejemską, Klasztor - Mosteiro Jerónimos,
wieżę i most Vasco da Gama, punkty/tarasy widokowe i na koniec dla nas największą atrakcję -
żółty tramwaj linii 28. Udaje nam się obejrzeć go dokładnie, ale przejechać się nie możemy,
bo ktoś źle zaparkował auto i wszystkie tramwaje zostały unieruchomione.
Z miasta wyjeżdżamy mostem 25 Kwietnia przypominającym słynny most w San Francisco. Za nami
piękna nocna panorama Lizbony. Najładniejsza panorama jest przy pomniku Jezusa przy
Sanktuarium Chrystusa Króla, ale niestety okazuje się, że otwarte jest tylko w ciągu dnia.
Tego dnia z noclegiem mamy kłopot, bo zaczęliśmy szukać dopiero po wyjechaniu z Lizbony.
Okazuje się, że najtańsze i najwięcej do wyboru jest właśnie w stolicy Portugalii.
Ostatecznie znajdujemy nocleg blisko zjazdu z autostrady - około 40 km od Lizbony.
Poza tym, że budynek stoi w szczerym polu to warunki bardzo dobre. Cena 55 euro (230 złotych)
za dwa duże pokoje. Nazwa to: Retiro dos Batudes w miasteczku Batudes nieopodal Palmela.
Czwartek, 11.06 [dzień 8]
Ruszamy oczywiście rano w kierunku regionu Algarve. Pogoda nie napawa optymizmem, ale im
bliżej wybrzeża tym większa nadzieja. Koszt przejazdu autostradą równie drakoński
jak we Francji. Za odcinek 205 km płacimy 18,75 euro. Wzdłuż wybrzeża jest już autostrada
typu "electronic toll". Co chwila mijamy bramownice z napisem taxas i wypisanymi cenami
typu: (0,50), (1,30), (2,50). Trochę tych bramownic uzbierało się i summa summarum można
nabić niezłą kwotę. Z karty opłaty ściągnęli dopiero po około dwóch tygodniach. Niby można
wykupić za około 20 euro 3-dniową kartę z nielimitowanymi przejazdami, ale nam nie udaje się
ta sztuka.
Najpierw docieramy do pocztówkowej plaży - Praia Dona Ana. Robimy zdjęcia i jedziemy na docelową
plażę - Praia das Furnas. Wciskamy się w jedną z zatoczek, za sobą mamy grotę, która daje cień.
Woda nie jest za ciepła, ale da się popluskać. Piasek ma ładny kolor i nie jest zbyt miałki.
Odwiedzamy jeszcze przylądek - Cabo de Sao Vicente, ale ten nie jest tak spektakularny jak
Cabo da Roca.

Popołudniu opuszczamy Portugalię. Przed zachodem słońca docieramy do Sewilli. Jako pierwsze
miejsce chcemy zobaczyć Plaza de Espana i tutaj zostajemy dosłownie zahipnotyzowani. Prawdziwe
cudo, a do tego blask zachodzącego słońca, powoduje, że długo wędrujemy po placu i pobliskim parku.
Zupełnie zapominamy o innych atrakcjach takich jak Alkazar, wieża Torre Del Oro czy Katedra NMP.
Postanawiamy, że jeszcze spojrzymy na ciekawy budynek centrum handlowego zwanego
Espacio Metropol Parasol.
Nocleg raczej najgorszy podczas całego pobytu. W skrócie: ciasno i niezbyt przyjemny wystrój.
Za dwa pokoje płacimy 57 euro (240 złotych). Nazwa: Hostal Florida.
Piątek, 12.06 [dzień 9]
Udajemy się do miasteczka Tarifa, skąd odpływają promy do Tangeru w Maroko. Wycieczka droga,
bilety po 67 euro od osoby w dwie strony. Nie udaje nam się znaleźć nic tańszego.
Mimo wszystko bardzo wielu turystów decyduje się. Migają nam paszporty takich krajów jak:
Nowa Zelandia, Filipiny, Kanada i oczywiście Japonia. Tanger zwany jest jako miasto łącznik pomiędzy
Afryką, a Europą. Architektura to wpływy europejskie, które przeplatają się z sennymi marokańskimi
domami i ulicami. Nasze podniebienia oszalały. Kupujemy różne wypieki, próbujemy briwats czyli
małe pierożki z nadzieniem z mięsa mielonego, ryby, orzechów oraz ryżu na mleku. Wszystkie te
przysmaki są tanie, a lokalnych sprzedawców możemy spotkać co krok. Również co chwile możemy spotkać
stragany z przyprawami, misami, dzbanami, tkaninami, dywanami, skórami itd. Kupując te artykuły trzeba
pamiętać, że jest to kraj arabski i targowanie jest praktycznie obowiązkowe, a pierwsza cena jest
zazwyczaj mocno zawyżona.

Bliżej wieczora meldujemy się w Gibraltarze. Baliśmy się kolejek na granicy, bo niekiedy
napięcia pomiędzy Hiszpanią, a Wielką Brytanią związane z półwyspem powodują spore zatory.
Tuż za przejściem granicznym jest pas startowy lotniska. Droga prowadzi dokładnie przez jego
środek i jest oczywiście zamykana na czas startu lub lądowania samolotu.
Większość półwyspu zajmuje Skała Gibraltarska o wysokości 427 metrów. Nam udaje się wjechać
prawie na sam szczyt autem, dzięki czemu nie musieliśmy korzystać z drogiej kolejki (12 funtów).
Jest to też jedyne miejsce w Europie gdzie występują małpy na wolności. Populacja "magotów" liczy
około 200 osobników. Są oswojone i podchodzą do ludzi, my jednak wolimy trzymać się od nich z daleka.
Koniec półwyspu to Przylądek Europa. Jesteśmy zaskoczeni, bo znajduje się tam duży pomnik upamiętniający
katastrofę samolotu Generała Władysława Sikorskiego oraz duża tablica z napisami po polsku i angielsku:
POLSKA - pierwsze państwo, które stało się ofiarą podwójnej agresji (...)
POLSKA - pierwszy i najwierniejszy aliant zwycięskiej koalicji (...).

Tym razem udaje nam się zarezerwować bardzo fajny nocleg w oddalonym o 30 km od Gibraltaru miasteczku
Manilva. Duży apartament dla 4 osób z kuchnią, z balkonu mamy piękny widok na góry i zatokę,
a auto odpoczywa w podziemnym garażu. Płacimy 58,5 euro (250 złotych). Nazwa: Apartamentos Manilva Green.
Sobota, 13.06 [dzień 10]
Rano krętymi i malowniczymi drogami docieramy do miasta o nazwie Ronda. Jest to urokliwe miasto Andaluzji,
położone na dwóch skałach połączonych mostem. Z górnej części miasta roztacza się malowniczy krajobraz
na góry Sierra de Ronda. Od samego rana uliczkami kręci się pełno turystów. Chyba dobrze, że dotarliśmy
tutaj rano.
Następnie mieliśmy udać się do Malagi, ale ostatecznie rezygnujemy. W sumie byłby to wyjazd głównie,
żeby zobaczyć z punktu widokowego panoramę wybrzeża z areną corridy La Malagueta w tle.
Dzięki temu mamy więcej czasu aby zwiedzić Granadę, a dokładnie miejsce o nazwie Alhambra.
Jest to warowny zespół pałacowy i dawna twierdza mauretańskich kalifów. Teren, który zajmuje
jest bardzo duży. Równie duże zainteresowanie budzi wśród turystów. Miejsca w rezerwacji internetowej
znikają dużo przed terminem, a po bilety na miejscu kolejka zdaje się nie kończyć. Tym sposobem
zostaje nam zobaczenie tylko tych miejsc, które są bezpłatne, a na szczęście trochę ich jest.

Nocleg rezerwujemy w okolicy Murcia. Jesteśmy zaskoczeni, bo na pustyni nagle wyłania się
wielka ogrodzona oaza. Teren to małe miasteczko z restauracją, sklepem, dyskoteką, polem golfowym
i ogólnie dostępnym basenem na którym spotykamy... Polaków. Nad wszystkim czuwa ochrona.
Za wielki apartament z dwoma sypialniami płacimy 43 euro (185 złotych).
Nazwa to: Hacienda Riquelme - Murcia Resort.
Niedziela, 14.06 [dzień 11]
Rankiem docieramy do Walencji. Przede wszystkim interesuje nas Miasteczko Sztuki i Nauki.
Jest to kompleks zwany przez mieszkańców "dzielnicą przyszłości", bowiem jego budynki
i kształty znacznie odbiegają od standardowej architektury. Później udajemy się na spacer
po starej części miasta. Wyjeżdżając z Walencji, na plażach widzimy podobne obrazki jak
nad naszym morzem w szczycie sezonu.

W dalszych planach miały być takie miejsca jak Zaragoza, ruiny starego miasta Belchite oraz
być może Montserrat, ale jest niedziela i mamy już dosyć dreptania. Wybór pada na miejsce, w którym
byliśmy trzy lata temu i nas oczarowało. Miejscem tym jest Tossa de Mar na wybrzeżu Costa Brava.
Przy okazji pada rekord w opłacie za autostradę. Za około 300 km odcinek Valencia-Barceolna płacimy
ponad 36 euro. Dobrze, że zdecydowana większość autostrad, którymi podróżowaliśmy w Hiszpanii była bezpłatna.
W Tossa de Mar leniuchujemy całe popołudnie, a wieczorem restauracja i zamawiamy Paellę z owocami morza.
Zdjęć nie robiliśmy, ale mamy z naszego poprzedniego pobytu:
KLIKNIJ TUTAJ.
Nocleg rezerwujemy tuż za miasteczkiem. Warunki średnie, ale mamy szansę wyszaleć się w basenie
i posłuchać wieczornej animacji dla dzieciaków. Płacimy 39 euro (165 złotych).
Nazwa: Medplaya Aparthotel San Eloy.
Poniedziałek, 15.06 [dzień 12]
Dość wcześnie ruszamy w stronę granicy z Francją. Blisko granicy tankujemy auto do pełna i robimy
większe zakupy, szczególnie piwa. Rezygnujemy z autostrady i jedziemy krętą, wąską,
ale malowniczą drogą przy wybrzeżu. Na granicy ostatnie spojrzenie na hiszpańskie wybrzeże.
Francja wita nas miasteczkami wciśniętymi w strome wybrzeże.
Zatrzymujemy się na chwilę w Collioure, po czym wskakujemy ponownie na autostradę i dojeżdżamy
na plażę w Palavas-les-Flots w okolicach Montpellier. Na plaży spędzamy około trzech godzin.
Zdjęć nie mamy, bo wybrzeże nie specjalnie zachwyca.
Około godziny 16:00 docieramy do akweduktu Pont-du-Gard. Ten monumentalny starożytny
rzymski akwedukt zachował się wręcz w idealnym stanie. Bilet wstępu kosztuje 18 euro od auta.
Następnie udajemy się do zabytkowego miasta Aix-en Provence. Na zdjęciach zachwyca, ale na żywo
nie wygląda już tak wspaniale. Główną promenadą jeżdżą auta, których jest od groma. Do tego
tłumy turystów. Najlepiej chyba tutaj przyjechać rano.
Wieczorem meldujemy się w Marsylii. Robimy szybki objazd po największych atrakcjach miasta.
Przejeżdżamy też przez ościenne dzielnice miasta. Żeby nikogo nie urazić ani za dużo nie powiedzieć,
w skrócie: nie wygląda to zbyt ciekawie. Okolice portu to już zupełnie inne miasto.
Nocleg na wyjeździe z Marsylii, około 15 km od portu. Dzielnica centrów handlowych, pól golfowych
i domków jednorodzinnych. Jeśli chodzi o hotel to ponownie pokój czteroosobowy, z zamykanym parkingiem.
Cena 69 euro (295 złotych).
Nazwa: Ibis Budget Marseille Valentine.
Wtorek, 16.06 [dzień 13]
To dzień pewnych rozczarowań. Ze względu na upał i problemy ze zdrowiem odpuszczamy spacer do zatoki
Calanque de Sugiton. Calanques to głęboko wcięte w wapiennych skałach, trudno dostępne dolinki.
Nie udaje nam się również dotrzeć do dwóch znalezionych plaż w okolicy Le Lavandou koło Tulon.
Okazuje się, że plaże otoczone są prywatnymi posesjami. Publiczne plaże są tragiczne.
Jadąc dalej mijamy gigantyczny korek w kierunku słynnego Saint-Tropez. Przy okazji mijamy perełki
świata motoryzacji.
W porze obiadowej docieramy do St-Paul-de-Vence. Jest to miasteczko zabytkowe, otoczone murami, pełne uroku
oraz jedno z najstarszych i najlepiej zachowanych średniowiecznych miast Prowansji.
Popołudniu docieramy do Eze. Jest to miasteczko na skalistym wzniesieniu o zawrotnej wysokości aż 429 metrów.
Dzięki zabytkowej architekturze i ogrodom na szczycie wzniesienia uchodzi za jedną z
najpiękniejszych miejscowości na Lazurowym Wybrzeżu.

Wieczór to podróż do jednego z najmniejszych krajów Europy. Do Monako wracamy z dwóch względów. Po pierwsze
trzy lata wcześniej wywarło na nas ogromne wrażenie, po drugie rodzice również chcą zobaczyć ten przepych.
Zdjęcia z naszego poprzedniego pobytu:
KLIKNIJ TUTAJ.
Nocleg to jeden z lepszych tego pobytu. Miasteczko Diano Marina nad samym morzem. Robimy zakupy,
a kolacja to już kwintesencja włoskiej kuchni: lasagne, pizza, wino. Pokój mamy czteroosobowy
w hotelu 3* ze śniadaniem. W recepcji miła Pani z Polski także mamy prawie all inclusive.
Cena: 54 euro (230 złotych).
Nazwa: Hotel Delle Mimose.
Środa, 17.06 [dzień 14]
Ten dzień mieliśmy zacząć od wizyty w Portofino. Jednak pogoda i kilka przeczytanych opisów zdecydowały,
że jedziemy dalej. Docieramy do miasta La Spezia. Stąd najlepiej zacząć zwiedzanie parku Cinque Terre,
który nazywany jest jako Pięć Ziem Ligurii. Jest to jedno z najczystszych miejsc wybrzeża Morza Śródziemnego.
Na terenie Cinque Terre przy skalistym wybrzeżu położone jest pięć niezwykle malowniczych miasteczek.
Połączone są ze sobą górskimi ścieżkami oraz linią kolejową. Pociągi odjeżdżają z La Spezia.
Bilet wstępu do parku połączony z nielimitowanymi przejazdami pociągiem kosztuje 12 euro.
Trasą kolejową, która biegnie głównie w tunelach, dojeżdżamy do ostatniej stacji w parku - Monterosso al Mare.
Z miasteczka Monterosso al Mare do Vernazza idziemy ścieżką prowadzącą wzdłuż wybrzeża. Trasa jest wymagająca,
ale widoki są fantastyczne. Biegnie przez winnice, ogrody, chwilami idziemy przez las i po sporych klifach.
Po drodze jest sporo miejsc gdzie można odpocząć. Vernazza w wielu opisach uważana jest za najładniejsze
miasteczko w parku Cinque Terre.
Kolejne dwa miasteczka odwiedzamy już poruszając się pociągami. Miasteczka przepięknie komponują się
wśród skalistego wybrzeża. Jednak tłumy turystów trochę psują cały efekt. Trochę czasu zajmuje nam znalezienie
wolnego stolika żeby zjeść obiad.
Wieczorem opuszczamy wybrzeże. Kierunek Bologna. Wybieramy zamiast autostrady, drogę przez pasmo gór.
Mamy nadzieję, na ładne widoki, ale niestety nic z tego, a sporo czasu stracone. Po drodze zatrzymuje nas
do kontroli żandarmeria. Żądają zielonej karty, którą szczegółowo sprawdzają. Wolimy z nimi nie dyskutować,
bo nie wiadomo jaka jest ich wiedza na temat Polski.
Bologna wypada słabo. Mamy spory problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, a potem okazuje się, że
praktycznie całe centrum jest w remoncie. Jedziemy dalej, w kierunku Chorwacji. Po drodze łamie nas sen.
Zatrzymujemy się na dużym parkingu. Dziewczyny śpią w aucie, kierowca na ławce w parku, a tata czuwa
spacerując. Po niecałych dwóch godzinach ruszamy dalej. Tata opowiada, że podczas naszej drzemki przyjechała
Policja i zgarnęli jakieś towarzystwo z parku. Nami zupełnie się nie interesowali.
Czwartek, 18.06 [dzień 15]
Szybka jazda autostradą we Włoszech i do Słowenii dojeżdżamy na oparach. W Słowenii trochę nerwowo,
bo ciężko jest znaleźć otwartą stację, a do Chorwacji raczej brakło by już paliwa. W Chorwacji
musimy ponownie zatrzymać się na drzemkę - tym razem 30 minut. Prom na wyspę Rab ucieka nam sprzed nosa
i musimy czekać godzinę. Kolejki brak, czeka parę aut i mały busik z mocno wstawionym towarzystwem z Austrii.
Za prom nie można płacić kartą, gotówka kuny lub euro. Cena 85 kun za auto, 15 kun osoba. Płynie 18 minut.
Nocleg znajdujemy w miasteczku Banjol. Cena 40 euro za noc czyli w sumie 120 euro za trzy noce.
Warunki niezłe. Duża kuchnia z tarasem i widokiem na morze, dwie sypialnie z oddzielnymi łazienkami.
W drugiej linii brzegowej. Do południa spędzamy czas na plaży w okolicy domku, która średnio nam się
podoba. Popołudniu jedziemy na małą plażę obok plaży Pudarica.
Piątek, 19.06 [dzień 16]
Rano próbujemy odnaleźć ładną plażę w parku Dundo za miasteczkiem Suha Punta. Zatoki okazują się albo
brudne i zaśmiecone albo nie możemy się do nich dostać. Wracamy na tę samą plażę co wczoraj.
Kuba przepływa na sąsiednią wyspę Dolin, która okazuje się oddalona o około 400 metrów.
Pierwsze zdjęcie zrobione jest ze szczytu tej wyspy. Na pierwszym planie wyspa Rab, wysokie góry w tle
to już wybrzeże Chorwacji.
Wieczorem jedziemy na kolację do miasta Rab. Przy okazji trochę błądzimy po wąskich i urokliwych uliczkach.
Kolacja to typowe najpopularniejsze chorwackie dania Cevapcici i Raznjici. Dania w przedziale 45-50 kun,
lane piwo 20 kun.
Sobota, 20.06 [dzień 17]
Przez chwilę zastanawiamy się czy jechać na piaszczyste plaże w okolicach Lopar. Wygrywa jednak
nasza mała zatoczka obok plaży Pudarica. W lodówce duży zapas piwa i do popołudnia spędzamy czas
na plaży. Wieczorem ponownie wybieramy się na kolację. Tym razem siadamy w knajpce blisko naszego
apartamentu. Podziwiamy piękny zachód słońca, popijamy zimne lane. Myślami już jesteśmy przy
następnym pobycie w Chorwacji, Który rozpoczniemy za równe dwa miesiące, w tym samym składzie.
Niedziela, 21.06 [dzień 18]
Po opuszczeniu apartamentu jedziemy jeszcze na chwilę na naszą plażę. Rab opuszczamy promem
o godzinie 11:00. Nim dostajemy się do autostrady kupujemy miód. Tym razem jeden z lipy, drugi z lawendy.
Popołudniu zatrzymujemy się na chwilę w zamku Kapfenberg w Austrii. Średnia atrakcja, ale dobra chwilowa
przerwa w podróży. Potem jeszcze postój na podwieczorek i zakupy w Czechach. Do domu docieramy po godzinie
23:00. Na liczniku dokładnie 10017 km.
Podsumowanie
waluty - 10'055 zł
karta kredytowa - 7'391 zł
ubezpieczenie - 314 zł
suma: 17'760 zł
Wychodzi około 4440 zł na osobę. Z obliczeń przed wyjazdem wychodziło nam, że powinniśmy wydać około 4700 zł
na osobę. Czy to jest dużo? Raczej nie, biorąc pod uwagę rozmiar i długość naszej wycieczki oraz porównując
z tym co oferują biura podróży. Warto zaznaczyć, że w samej Szwajcarii wydaliśmy w sumie około 4650 zł.
|